Znany brytyjski historyk i publicysta Naill Fergusson zauważa, że nadchodzące wybory prezydenckie w USA to bardzo szczególna konfrontacja. Nazwał te wybory słowem „Barbenheimer” – od zbitki „Barbie” i „Oppenheimer” (czytaj tutaj).

Chodzi o to, że Kamala Harris wyraża pragnienia i tęsknoty tej części populacji, której marzy się disneyowski świat Barbie:

„Jestem panną Barbie w Barbie-świecie,
To świat z plastiku i jest wyśmienicie,
Użyj wyobraźni – życie własne stwórz,
No chodźżeż Barbie – czas się zabawić!”

Jej program, to program podtrzymania iluzji, bezkompromisowego opymizmu, który opiera się na wierze, że plastikowy świat Disneya może stać się realnością.

Z drugiej zaś strony jest Donald Trump przestrzegający przez narastającymi sprzecznościami, które grożą globalną wojną atomową i brzmi niczym twórca bomby atomowej:

„Jestem niszczycielem, zagładą świata”.

Jego sposoby zaradzenia problemom świata sprowadzają się bowiem do uznania faktu, że sytuacja Ameryki jest zła, że potrzebne są radykalne zmiany, że należy użyć wszystkich instrumentów państwa do odyskania sterowności – nawet kosztem poświęcenia pomniejszych sojuszników i radykalnych zmian systemowych.

W niedawnej rozmowie z Elonem Muskiem Trump wyraził rozgoryczenie, że Kamala Harris „jedzie na gapę” – że media rysują ją jak boginkę, piękną królową-zbawczynię, podczas gdy w istocie jest ona wielką pustką, za którą nie stoi żadna strategia dla kraju.

Fergusson zostawia nas z tym kontrastem widząc, że właściwie nie ma już nic do dodania. Wybory nie rozgrywają się na żadnym gruncie merytorycznym, ale ich istotą jest właśnie ta dystynkcja: czy amerykańscy wyborcy wybiorą piękny sen czy twardą rzeczywistość: