Didier Reynders, były komisarz UE ds. sprawiedliwości i głośny krytyk Polski, sam stoi przed prokuratorem. Setki tysięcy euro w gotówce wpłacał na konto loterii jako „zakłady”, by wyglądały na legalne wygrane. Moralny autorytet UE? Raczej teatr hipokryzji.

Król praworządności… w lustrze

Reynders przez lata pouczał Polskę, Węgry, wszystkie „niewłaściwe” kraje UE. Wysuwał palce, wskazywał, wymagał. A dziś? To on sam stoi pod zarzutem, który sam by na innych nałożył. Paradoks? Nie – to bolesna lekcja hipokryzji.

Loteria czy własna kasa?

700 tysięcy euro w gotówce w latach 2008–2018. Konto loterii jako przykrywka. „Zakłady” i „wygrane”, które miały wyglądać legalnie. Mechanizm prosty, ironia ogromna. Ten sam człowiek, który wymagał przejrzystości od innych, sam operował w cieniu własnej improwizowanej „finansowej scenografii”.

Komisja UE: moralny teatr

Reynders i Komisja kochają moralne kazania. Polska łamie prawo? A oni? Gdyby praworządność była sprawdzana w lustrze, obraz byłby fatalny. Instytucja, która wymaga uczciwości od państw, sama nie przechodzi testu własnych standardów.

Prawo dla wybranych?

Oskarżyciel staje pod sądową lupą. To brutalny test dla całej UE: jeśli moralny autorytet może unikać konsekwencji, to reszta Europy – i jej państwa członkowskie – też są narażone na selektywne traktowanie. Praworządność bez egzekwowania jest pustym hasłem.

Lekcja pokory dla całej Europy

Reynders uczył innych. Teraz uczy Europę pokory i śmiechu przez łzy. Krytyka bez samokrytyki kończy się kompromitacją. UE musi wymagać przejrzystości od siebie, nie tylko od Polski. Bo jeśli nie – moralne kazania tracą wartość, a instytucja, którą reprezentują, traci zaufanie całego kontynentu.

Autor: Zdzisław Sługocki