Mój dziadek nie zginął na wojnie. Zginął z rąk systemu w 1948 roku, który uważał się za jedynego właściciela prawdy. NKWD i komunistyczny aparat przemocy nie potrzebowały dowodów winy – wystarczała etykieta „wroga ludu”. Tak budowano państwo strachu, w którym człowiek miał wartość tylko wtedy, gdy był posłuszny.
Dlatego trudno mi dziś przejść obojętnie obok obrazów polskiej polityki. Minęły dekady od upadku komunizmu, a w najwyższych instytucjach państwa nadal pojawiają się ludzie związani z dawnym systemem. Dla jednych to jedynie epizod biograficzny, dla innych symbol czegoś znacznie głębszego – braku prawdziwego rozliczenia z przeszłością.
Jak to możliwe, że kraj, który tak wiele wycierpiał pod komunistycznym butem, tak łatwo zapomniał o własnej historii? Jak to możliwe, że pamięć o ofiarach przegrywa z polityczną wygodą? Odpowiedź jest bolesna. Wolność odzyskaliśmy szybciej niż historyczną świadomość. Uwierzyliśmy, że wystarczy zmienić ustrój, aby zniknęły wszystkie jego konsekwencje. Tymczasem idee, nawyki i środowiska nie znikają wraz z jednym podpisem pod ustawą.
Jeszcze bardziej niepokoi coś innego. Coraz częściej obserwujemy pogardę wobec ludzi o innych poglądach, lekceważenie demokratycznych wyborów i przekonanie, że przeciwnika politycznego nie trzeba szanować, lecz należy go moralnie wykluczyć. To nie jest język demokracji. To język tych, którzy zawsze wiedzą lepiej i którzy uznają własną rację za jedyną dopuszczalną.
Nie twierdzę, że Polska wróciła do czasów stalinowskich. Byłoby to nieuczciwe wobec ofiar tamtego terroru. Ale twierdzę, że zbyt często zapominamy, do czego prowadzi pogarda dla przeciwnika, relatywizowanie historii i lekceważenie narodowej pamięci. Naród, który przestaje pamiętać o swoich ofiarach, zaczyna tracić zdolność odróżniania dobra od zła.
Co stało się z tym krajem? Być może nic nadzwyczajnego. Stało się to, co dzieje się z każdym społeczeństwem, które uznało, że pamięć nie jest już potrzebna. Historia nie zniknęła. Po prostu przestała być nauczycielką, a stała się niewygodnym przypisem.
A przecież dla wielu rodzin nie jest przypisem. Jest grobem bez krzyża, zdjęciem w szufladzie i pytaniem, które wciąż pozostaje bez odpowiedzi: czy ofiara tych ludzi naprawdę została przez Polskę zapamiętana?
Dla wielu Polaków i dla mnie, szczególnie symboliczną i trudną do zaakceptowania sytuacją jest fakt, że jednym z najważniejszych urzędników państwowych jest dziś Włodzimierz Czarzasty, aktywny działacz komunistyczny, który należał do PZPR.
Nie chodzi wyłącznie o życiorys jednego polityka, lecz o znaczenie, jakie niesie on dla pamięci historycznej. W kraju, którego tysiące obywateli było prześladowanych przez komunistyczny aparat władzy, obecność byłego członka partii komunistycznej na szczytach państwa przez część społeczeństwa odbierana jest jako dowód, że rozliczenie z przeszłością nigdy nie zostało w pełni dokonane.
Dla rodzin ofiar komunizmu nie jest to jedynie kwestia polityczna, lecz bolesne przypomnienie, że ludzie związani z systemem, który odbierał wolność i życie Polakom, nie zostali jednoznacznie odsunięci od życia publicznego. W ich odczuciu stanowi to obrazę pamięci tych, którzy za wierność Polsce zapłacili najwyższą cenę.
Zostaw komentarz