Sabotażyści pracujący dla Moskwy przekraczają polską granicę jak turyści wracający z zakupów. Jeden z nich — to już wiemy — został skazany na Ukrainie za działalność na rzecz rosyjskich służb. A jednak razem ze wspólnikiem wjechał do Polski z Białorusi, kupił u nas karty telefoniczne, przygotował ładunek i podłożył go pod tory kolejowe. Po wykonaniu zadania wziął swoje manatki, onuce i spokojnie wrócił na Białoruś.

Jak to nazwać? Luki? Zaniedbania? Nie.
To kompromitacja.
To definicja państwa, które przestało działać. Państwa, które samo sobie wyjąło bezpiecznik.
Tusk ogłasza „bezprecedensowy sabotaż”. Dopiero po wszystkim.

Wyobraźmy sobie skalę tej groteski: premier wychodzi przed kamery i mówi, że eksplozja pod pociągiem to „akt sabotażu”, że sprawcy działali na rzecz Rosji, że ryzyko było ogromne. Wszystko prawda — ale prawda spóźniona. Prawda grobowa.

Bo państwo, którego kontrwywiad działa sprawnie, nie mówi o sabotażu po fakcie. Ono sabotaż udaremnia.
My natomiast mamy system, który najpierw pozwala terrorystom wejść, kupić, wysadzić, uciec — a potem z dumą tłumaczy, że wie, kto to zrobił.

To tak, jakby strażak chwalił się, że świetnie ustalił, kto podpalił blok, ale już nie zdążył go ugasić.
A gdzie w tym czasie jest ABW? Tam, gdzie wysłał ją Tusk — u Ziobry i ludzi związanych z Funduszem Sprawiedliwości przez prawie dobę przeszukiwali mieszkanie. I nie są to pojedyncze przypadki — takich przeszukań są dziesiątki.

Czyli co?
Czyli setki agentów ABW zamiast stać na straży bezpieczeństwa państwa, zamiast patrolować granice, zamiast rozpracowywać siatki rosyjskie, są odrywane od pracy, bo premier ma prywatną wojnę z przeciwnikami politycznymi.

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy takie państwo ma zdolność samoobrony, to odpowiedź jest brutalna: nie ma.
Co by się stało, gdyby ładunek wybuchł 3 minuty później?

Mówi się o tym za mało, więc trzeba to powiedzieć wprost:
Gdyby pociąg pasażerski wjechał w miejsce, gdzie tory zostały rozerwane przez eksplozję, liczba ofiar mogłaby sięgnąć 200, 300, może więcej.
Wyobraźmy to sobie:
Późny wieczór, pociąg pełen ludzi rozpędzony do 120 km, nagła wyrwa w torze.
Wagony fatycznie lecą jeszcze chwilę po powietrzu, potem zaczyna się prawdziwe piekło: jeden wagon staje niemal pionowo, drugi wbija się w trzeci, czwarty zsuwa się z nasypu.
Stalowe ściany zgniatają ciała.
Jedni wypadają na zewnątrz, inni zostają uwięzieni w zgniecionej metalowej puszce.

Na miejscu zjawiają się dziesiątki karetek, strażacy, śmigłowce.
W szpitalach lekarze pracują do rana.
To byłoby największe masowe zabójstwo w Polsce od czasów II wojny światowej.
I teraz pytanie najważniejsze:
Czy takiej katastrofie winny byłby wyłącznie rosyjski sabotaż?
Czy także rząd, który zdemobilizował własne służby?
Bo w państwie normalnym, z realną ochroną, takie operacje mają mikroskopijne szanse powodzenia.
W państwie Tuska — są wykonalne.
To nie Putin rozbroił ABW. To zrobił Tusk.

I mówię to z pełną odpowiedzialnością:
Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski nie są dziś wyłącznie rosyjskie struktury, nie Łukaszenko, nie siatki GRU.
Największym zagrożeniem jest premier, który uczynił z służb narzędzie politycznej zemsty.
Jeśli premier ustawia priorytet służb tak, by zamiast bronić granicy, przeszukiwały ludzi związanych z Funduszem Sprawiedliwości — to kto naprawdę rozbroił państwo?

Jeśli premier doprowadza do sytuacji, w której sabotażyści przechodzą przez granicę, wykonują zamach i wracają jak po zakupy — to kto jest największym sabotażystą Putina w Polsce?

Odpowiedź jest oczywista.
Tusk.

To nie jest felieton. To jest alarm.

Alarm dla państwa, które zapomniało, że stoi na froncie hybrydowej wojny.
Alarm dla rządu, który bawi się służbami, jakby nic od nich nie zależało.
Alarm dla obywateli, którzy nie wiedzą, jak blisko była narodowa tragedia.

Powiedzmy to jasno:
Polska była o włos od masowego morderstwa.
A państwo zawiodło tam, gdzie powinno działać najsprawniej.