Nacjonalizm w Pałacu Prezydenckim ma się dobrze i podgrzewa wojnę Nawrockiego z UE i liberalną częścią społeczeństwa. Nawrocki może sobie być nacjonalistą, to jego sprawa. Nie może jednak on rzutować na jego politykę i działalność. Nie jest bowiem prezydentem nacjonalistów, ale Polski.

Powoli się już przyzwyczajam do tego, że Nawrocki forsuje prymitywną, ale krzykliwą, wersję nacjonalizmu, która nie liczy się z politycznymi realiami, traktatami podpisanymi przez kolejne rządy i prezydentów oraz – co najważniejsze – oczekiwaniami większości Polaków, którym dobrze jest w tej UE i nie chce z niej wychodzić.

Kwintesencją zaś tego co proponuje prezydent są hasła wypisane na transparentach niesionych podczas tzw. Marszu Niepodległości i spalenie flagi UE.
A było na nich o Tusku do Niemiec, polexicie.

Brakowało tylko, o Polsce od morza do morza, zdobyciu Wilna, Lwowa oraz Kowna.

Dominowała w nim krzykliwa mniejszość zwolenników Konfederacji (obu), PiS oraz Młodzieży Wszechpolskiej i kiboli.

A ich wszystkich firmował Nawrocki, któremu prezydentowanie pomyliło się z kibolską ustawką lub meczem bokserskim.

To co proponuje Nawrocki jest zwyrodniałą postacią patriotyzmu czyli nacjonalizmem w czystej postaci.

Wymachiwaniem szabelką pod hasłami „Bóg, Honor, Ojczyzna” oraz tęsknotą za sojuszem tronu z ołtarzem.

Wykluczającym ze wspólnoty narodowej tych, którzy myślą inaczej jak on, PiS oraz Konfederacja.

Archaicznym myśleniem o czystości białej rasy oraz etnicznym Polaku, walczącym z hordami Teutonów.

Prywatnie, Nawrocki do tego ma prawo.
Jako prezydent, nie.

A na koniec jedna rzecz mnie zastanawia, dlaczego w zawołaniu „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ta ostatnia jest wymieniana na ostatnim miejscu?