No bo weźże, jak taki idzie ulicą i szura girami, to od razu wiadomo, że albo zaspany, albo zadumany, albo… szurnięty. Ale skąd się to wzięło? A no właśnie stąd.

W naszej krakoskiej gådce od zawsze się szurało.
I nie chodzi tu o żadne polityczne „szury”, co to dziś panoszą się po internecie i wciskają wszystkim, że ziemia płaska, a prąd działa na wiarę.

My szurali butami, papuciami, łopatą po betonie, stołkiem po linoleum.
Szurać znaczyło: ciągnąć coś po ziemi z odgłosem jakby skrzypiąco-szeleszczącym.

Przypomnijcie se:
„Nie szuraj tym stołkiem po linoleum, bo dziury porobisz!” – mówiła babcia, co to świeżo umyła.
Albo: „Szurnął taboretem, aż kurz się uniósł”.

Czyli:

raz – ruch jednostkowy (szurnąć),

dwa – cała czynność (szurać).

A potem przyszedł taki, co szurał nie tylko nogami, ale i w głowie coś mu szurało. Coś się poprzestawiało, przesunęło.
I tak powstał nasz swojski, krakoski „szurnięty” – człek niegroźny, może i śmieszny, ale zawsze trochę „od rzeczy”.

I jak się to już wzięło na języki, to poszło:

„– Widziałeś Zenka? Co on zrobił z tą lodówką?!”
„– Mówię ci, musi być szurnięty!”

A w XXI wieku, gdy wszystko się skraca, z tego „szurniętego” zrobił się „szur” – taki nowoczesny dziwak, co nie szura butem, tylko teoriami i filmikami z internetu.
Ale sens pozostał ten sam.

Bo jak coś szura, to albo trzeba podnieść, albo się przyjrzeć z troską.

Aha: szurać do kogosik, albo szurać stąd w podskokach też można.

Prawda? 😉

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄