Umowa UE–Mercosur właśnie się rozsypała, ale polski rząd udaje zaskoczonego. Przez miesiące nie zbudowano żadnej realnej koalicji sprzeciwu w UE, a dziś słyszymy tylko wymówki. Rolnicy zostali sami, a odpowiedzialni znów umywają ręce.
Umowa z Mercosur całkowicie się posypała. To już nie są ostrzeżenia, przypuszczenia czy polityczne spekulacje – to fakt. A mimo to rząd Donalda Tuska i jego tęczowo-liberalna koalicja zachowują się tak, jakby sprawa ich nie dotyczyła. Jakby to wszystko wydarzyło się obok, bez ich wiedzy i udziału.
Przez wiele miesięcy słyszeliśmy zapewnienia, że Polska „działa”, „rozmawia”, „sonduje nastroje” w Unii Europejskiej, by zablokować umowę UE–Mercosur.
Problem w tym, że poza opowieściami o spotkaniach i deklaracjach podpisywanych po niewczasie, nie przedstawiono żadnych konkretów. Zero faktów, zero skutecznych działań, zero efektów.
Rząd miał czas, by zbudować koalicję państw sprzeciwiających się tej umowie. Miał instrumenty, argumenty i – przynajmniej w teorii – polityczne wpływy. Nie zrobił nic skutecznego. Dziś słyszymy oficjalnie, że „chętnych nie było”. To nie jest usprawiedliwienie – to akt oskarżenia wobec własnej nieudolności.
Trzeba przypomnieć rzecz fundamentalną: przełom i przyspieszenie negocjacji UE–Mercosur nastąpiły w latach 2018–2019, gdy Donald Tusk był szefem Rady Europejskiej. To wtedy umowa nabrała realnego tempa. Dzisiejsze odcinanie się od odpowiedzialności jest zwykłym oszukiwaniem Polaków.
Tak samo jak oszukiwano ich w kampaniach wyborczych. Zapewnienia, że „nie będzie Mercosur”, że „polskie rolnictwo jest bezpieczne”, okazały się pustymi hasłami. W grudniu 2024 roku przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podpisała porozumienie bez wcześniejszych konsultacji i akceptacji państw członkowskich. Do dziś nie ujawniono pełnego tekstu umowy ani wszystkich jej zapisów.
Minister rolnictwa Stefan Krajewski sam przyznaje, że obecnie nie ma możliwości zablokowania tej umowy. To szczere, ale spóźnione wyznanie bezradności. Dla polskich rolników Mercosur oznacza masowy napływ taniej żywności spoza UE, produkowanej według zupełnie innych standardów. To nie konkurencja – to wyrok.
Jeśli Polska stanie się importerem żywności, konsekwencje odczujemy wszyscy. Upadek gospodarstw, wyludnianie wsi, utrata bezpieczeństwa żywnościowego. I znów okaże się, że „nikt nic nie wiedział”, „nie dało się”, „to nie my”.
Tylko że rachunek za te decyzje zapłacą polscy rolnicy i polscy konsumenci. A odpowiedzialni, jak zwykle, spróbują zniknąć w brukselskich korytarzach.
Autor: Zdzisław Sługocki
Zostaw komentarz