1000 lat temu polskość, dzięki sile i sprawności dynastii Piastów, zaczęła się kształtować, wyrastać organicznie ze związku plemion zachodniosłowiańskich, zjednoczonych w jednym państwie. Polskość tak powstała miała swój określony zasięg terytorialny, językowy i kulturowy ale przez pierwsze setki lat, w sensie politycznym, nie była zjawiskiem masowym. Polityka zarezerwowana była dla warstw wyższych. To była pierwsza polskość jakiej doświadczyliśmy, znana nam choćby z sienkiewiczowskich Krzyżaków czy Trylogii. Nieprzypadkowo chłopi czy mieszczanie występują tam na marginesach opowieści.

Warstwy ludowe, czyli ogromna większość narodu, „spały” niczym krasnoludy u Tolkiena, czekając na swoje przebudzenie do świadomości i aktywności politycznej, na swój moment w historii. Tak było wszędzie, nie tylko w Polsce. Ten moment „obudzenia się” masowego, współczesnego narodu, obejmującego wszystkich przynależących do danej wspólnoty kulturowej, etnicznej, językowej, nadszedł w XIX wieku. Tak ukształtowany około 150 lat temu naród znamy i w takim się wychowaliśmy. Współcześnie jednak polskość na powrót rozpada się na dziesiątki jeśli nie setki nowych plemion różnej wielkości i jest to proces do pewnego stopnia nieuchronny. We współczesnym Polaku walczą dwie tożsamości – tradycyjna, masowa, ogólnopolska, narodzona w XIX wieku, nazwijmy ją polskością 2.0 i najnowsza, plemienna, polskość 3.0.

Niektórzy z nas są tradycjonalistami, a pisząc o tradycjonalistach mam w tym przypadku na myśli wszystkich narodowców, konserwatystów, chadeków, liberałów, socjalistów czy również większość ludzi bez żadnych szczególnych przekonań ideologicznych, których łączy jeden, wspólny mianownik. Są bardziej przywiązani do polskości 2.0, do idei wspólnego państwa i narodu, niż do swojej nowej tożsamości polit-medialnej, niż do do swojej tożsamości nowo-plemiennej. Przy czym sądzę, że na poziomie samopostrzegania się, samodeklaracji, kogo by się nie spytać, ten nazwie się tradycjonalistą, czyli po prostu polskim patriotą.

Kim jednak jest naprawdę? Tradycyjnym Polakiem 2.0 czy jednak plemiennym nowo-Polakiem typu 3.0? Która tożsamość jest w nim silniejsza? Bo to, że żyjąc we współczesnym społeczeństwie nosi w sobie pierwiastki obydwu jest więcej niż pewne. Można to łatwo przetestować. Wystarczy zapytać tego polskiego patriotę czy w razie obcej interwencji będzie wspierał/walczył w obronie państwa rządzonego przez Olszewskiego/Suchocką/Wałęsę/Kwaśniewskiego/Pawlaka/Buzka/Millera/Belkę/Kaczyńskiego/Tuska/Kopacz/Morawieckiego a w przyszłości np. Mentzena czy Bosaka? Jeśli odpowiedź brzmi – tak, zawsze będę wspierał i walczył o państwo polskie, niezależnie od tego kto nim rządzi – wtedy rzeczywiście mamy do czynienia z tradycyjnym polskim patriotą. Jeśli odpowiedź brzmi – nie, rządów tych skur…… (tu trzeba wstawić najbardziej znienawidzoną opcję polityczną czy postać) bronił nie będę, niech ich zabierają/aresztują/robią co chcą – wtedy mamy jasność, rozmawiamy z głęboko uplemiennionym NowoPolakiem.

NowoPolakiem, bo nowa tożsamość plemienna nie wyklucza przynależności do tradycyjnej wspólnoty kulturowej, narodowej. Nowa tożsamość nie sprawia, że NowoPolacy przestają czuć się Polakami – wręcz przeciwnie! Oni bardzo często uważają się za „jedynych prawdziwych Polaków”. Natomiast tych wszystkich pozostałych, tych z przeciwnych plemion postrzegają w kategoriach polskości bardzo ułomnej, zaburzonej, nawet niekiedy nie-polskości czy antypolskości! Polskości „chodzącej na pasku”, „zdradzieckiej”, polskości „sterowanej” z Berlina/Moskwy/Kijowa/Waszyngtonu (niepotrzebne skreślić). Polacy z przeciwnych plemion, a zwłaszcza liderzy zarządający wyobraźnią przeciwnych plemion stają się arcywrogami. Natomiast ci, którzy tych arcywrogów słuchają, podążają za nimi, popierają, głosują etc. czyli stanowią część ich plemienia są albo takimi samymi zdrajcami albo w najlepszym wypadku – pogardzaną przygłupią masą, „stadem baranów”, „sterowanymi marionetkami”.

Tak czy inaczej są V kolumną, która „pomaga” zewnętrznym przeciwnikom zniszczyć nasze państwo. „Nasze państwo” czyli, rzecz jasna – państwo naszego plemienia, bo przecież tylko my jesteśmy „prawdziwymi Polakami”. Jeśli państwem polskim nie rządzi nasze plemię to takie państwo z definicji przestaje być polskim – automatycznie staje się prześladowcą/przeciwnikiem/wrogiem/okupantem. Policja rozbijająca wrogie demonstracje jest „naszą policją” , stajemy wtedy „murem za polskim mundurem”. Kiedy jednak mija rok albo dwa, zmienia się opcja polityczna i na polecenie rządzących pacyfikowany jest nasz protest wtedy krzyczymy „gestapo”, „zdrajcy w mundurach” i tak dalej. NowoPolak nie nazwie przeciwnika premierem czy prezydentem ani nawet Tuskiem czy Nawrockim tylko, „zdrajcą”, „agentem”, wreszcie „rudą szmatą” albo „alfonsem”. Swoich adwersarzy w sieci nazwie „niemieckimi pachołkami”, „ruskimi onucami” albo „ukraińskimi podpaskami”.

Dlaczego ta nowa tożsamość plemienna tak często bierze górę nad tradycyjną? Przede wszystkim dlatego, że jest przez wielu ludzi dużo bardziej intensywnie przeżywana, doświadczana, jest związana z codzienną dawką silnych, stymulujących emocji. Mógłby ktoś w tym miejscu zauważyć, że np. w II RP konflikty polityczne były silniejsze niż obecnie. Mieliśmy zamach stanu, każda liczącą się partia miała swoje bojówki, które ścierały się na ulicach, było wiele morderstw politycznych a tysiące Polaków trafiło za kraty więzienne ze względów politycznych. Pod względem fizycznej przemocy politycznej daleko nam jeszcze, na szczęście, do sytuacji sprzed stu lat. Zgadzam się ale rzeczywistość, w której żyjemy, jest już zasadniczo inna a zjawisko nowoplemienności ma swoje bardzo głęboko zakorzenione podstawy. Dużo głębiej niż kiedykolwiek miało to miejsce w najnowszej historii.

Nowoplemienność jest pod pewnymi względami zjawiskiem psychologicznym i społecznym dużo bardziej totalnym niż nawet propaganda uprawiana przez totalitarne reżimy. PRL nie przetrwałby 45 lat gdyby opierał się na sile różnych, medialnych urbanoidów. Trwanie tego narzuconego ustroju podtrzymywały moskiewskie wojska i rozbudowany, komunistyczny aparat represji nad Wisłą. Wszyscy czy prawie wszyscy słuchający komunikatów w mediach mieli świadomość, że informacje są starannie selekcjonowane i odpowiednio podawane, często po prostu kłamliwe. Że media kreują nieistniejącą rzeczywistość. Polacy mieli w związku z tym dystans a przy tym spędzali przy tych stricte politycznych komunikatach zaledwie drobny ułamek każdego dnia. Co innego dzisiaj, w dobie internetu i telewizji informacyjnych. Jesteśmy codziennie totalnie zanurzeni, zbombardowani milionami komunikatów, wpisów, filmów, wypowiedzi, utarczek, polemik, wydarzeń. Spędzamy w tej rzeczywistości niekiedy więcej czasu niż w życiu realnym, na realnych kontaktach międzyludzkich. Ilość tych wszystkich bodźców, komunikatów i zjawisk nas przytłacza, męczy, powoduje mętlik.

Z jednej strony szukamy tych treści, klikamy w nie, bo napędzają nasze emocje, dostarczają nam swego rodzaju rozrywki. Oczywiście szukamy dużo chętniej tego co nas bulwersuje szokuje, oburza, wścieka, powoduje odrazę, wszystko co skłania do emocji gwałtownych a negatywnych. Nie ma w tym nic dziwnego – jesteśmy tak biologicznie uwarunkowani żeby dużo mocniej reagować na potencjalne zagrożenia niż na to co mądre, dobre, piękne i prawdziwe. Jesteśmy w związku z tym trwale, nieustannie politycznie, społecznie, ideologicznie podekscytowani i zarazem… nieustannie zmęczeni, poniekąd sfrustrowani, bo ta ilość bodźców jaką sobie codziennie dostarczamy klikając, przewijając media społecznościowe, przewijając rolki z filmikami, komentując, angażując naszą uwagę, jest… zupełnie nienaturalna. Fundujemy naszemu mózgowi narkotyk – silnie uzależniający, stymulujący emocjonalnie ale… co już bardzo niewielu zauważa – również radykalnie zmieniający naszą świadomość i postrzeganie świata.

Czujemy jednak, że coś nie gra i że całej tej ilości bodźców nie ogarniamy i w związku z tym dążymy do jakiejś równowagi, do jakiegoś ukojenia, do znalezienia „bezpiecznej przystani” w tym całym zgiełku medialnym, jakim jesteśmy zbombardowani, na jaki codziennie się wystawiamy. I oto zjawia się „wybawca”, zjawia się ona – nasza bańka, nasza banieczka, nasze plemię internetowe. Nikt go specjalnie nie zaprojektował, nikt go szczególnie nie wymyślał. Ono powstało z naszych głębokich potrzeb. Potrzebujemy żeby ktoś nam wyjaśniał cały ten skomplikowany świat chaotycznych informacji w możliwie przystępny sposób. Potrzebujemy mieć kontakt z innymi ludźmi, którzy takie a nie inne wytłumaczenie również przyjmą, dołożą swoje, potwierdzające głosy oraz opinie, z którymi nawiążemy swego rodzaju wspólnotę.

Znalezienie naszej „bezpiecznej przystani” pobłogosławią algorytmy mediów społecznościowych. One chcą żebyśmy jak najwięcej czasu w nich spędzali, jak najwięcej się angażowali, więc podsuwają nam coraz więcej rzeczy podobnych do tego co już i tak nam się spodobało. Po jednym-dwóch dniach klikania w podobne treści doznajemy olśnienia – odkrywamy dziesiątki kanałów, wpisów, programów, postaci, które mówią w podobny sposób. Które opisują czy kreują rzeczywistość tymi samymi pojęciami, zaklęciami. Skąd biorą się ci wszyscy ludzie, którzy trafili do tej samej bańki i nagle wierzą, że „zaczęli myśleć samodzielnie”? Zaczynają w identyczny sposób „odrzucać propagandę”, czyli wszystko, co nie zgadza się z poglądami bańki? Większość z nich trafiła tam dokładnie tak jak my.

Ale są tam też „autorytety”, które w progi „naszego” plemienia zawitały całkowicie nieprzypadkowo. Po prostu zwęszyli intratny interes. Zobaczyli gdzie wykręcane są najlepsze zasięgi w sieci i przybyli żeby je monetyzować na swoich profilach czy kanałach. Nie oszukujmy się, wszelkiej maści celebryci, publicyści czy politycy ze wszystkich opcji, z każdej strony barykady politycznej, ciągną do zasięgów internetowych jak muchy do gówna. Złotego gówna wpływów, znaczenia i konkretnych pieniędzy, które media społecznościowe oraz reklamodawcy płacą za zasięgi. Jaka epoka takie walki gladiatorów. Fakt, że publika, czyli większość z nas, oczekuje coraz mocniejszych doznań „na arenie”, bo przy takiej skali bodźców jakich codziennie doświadczamy w sieci wszystko szybko się nudzi, rodzi zapotrzebowanie. Owo zapotrzebowanie jest szybko zaspokajane przez medialny rynek. Nowoplemienność jest dla nas wygodnym wyjściem w sytuacji, w której nie chcemy rezygnować z codziennej, wielogodzinnej dawki silnych emocji społecznych czy politycznych.

Dostajemy bowiem wewnątrz plemienia pewną jasną, prostą wizję skomplikowanego świata. Dostajemy czytelny podział – kto swój, kto wróg. A zarazem… dostajemy jeszcze większego „kopa” emocji społeczno-politycznej! Teraz to już naprawdę jesteśmy nieustannie podekscytowani i sami swoimi wpisami oraz komentarzami ekscytujemy innych. Jesteśmy na codziennym, zbiorowym haju! Tym bardziej, że wewnątrz plemienia przewagę, uwagę, znaczenie szybko zdobywają ci co najgłośniej krzyczą, najbardziej szokują, najdalej przesuwają granice. Czemu? Znowu, działa ten sam mechanizm – klikamy w to co „najmocniej kopie”. Zamiast sięgnąć po twarde używki w życiu realnym, sięgamy po radykalne treści w sieci. Dlatego bańki internetowe mają tendencję do nieustannego radykalizowania się.

Tak, witamy w polskości 3.0. Ciągle jesteśmy jednym narodem, ciągle mamy mnóstwo wspólnych doświadczeń kulturowych, wspólne korzenie a jednak jesteśmy coraz dalej od siebie i coraz bardziej żyjemy w alternatywnych rzeczywistościach. W alternatywnych, bo tu już nie chodzi o różne oceny czy opinie dotyczące tych samych faktów. Takie spory mieliśmy w polskości tradycyjnej, polskości 2.0. Było jakieś wydarzenie, jakieś zjawisko i spieraliśmy się jak je ocenić, jakie wnioski wyciągnąć, co zrobić. Teraz jest już co innego. Teraz nasze widzenie rzeczywistości zupełnie się rozjeżdża, nie zgadzamy się co do istnienia podstawach faktów, wydarzeń, wypowiedzi.

Bańki internetowe stają się przestrzeniami wielkich, zbiorowych halucynacji, doprawianych ostrym sosem radykalnych emocji. Co więcej, aktorzy zewnętrzni, zagraniczni, realni konkurenci albo wrogowie naszego państwa i narodu, robią wszystko co mogą żeby podkręcać algorytmy i infekować naszą infosferę jak największą ilością radykalnie sprzecznych ze sobą treści. Oni są żywotnie zainteresowani żeby kręciło się jak najbardziej na ostro, żeby plemiona jak najmocniej się wyzywały, zwalczały, niszczyły. Żeby plemiona traktowały swoje państwo jako wroga, przeciwnika, żeby ufały zewnętrznym ośrodkom bardziej niż swojemu własnemu państwu. Im bardziej będziemy skłóceni wewnątrz, tym słabsi będziemy na zewnątrz… Podkreślmy też, że rewolucja sztucznej inteligencji tylko wszystkie te procesy przyspiesza, wzmacnia. Dzięki prostym, tanim, łatwym i masowym narzędziom do kreowania tekstów, filmów, grafik i dźwięków wyglądających na realne sieć jest zalewana potokiem półprawd i kłamstw. Ogromna część społeczeństwa karmiona jest zmyślonymi czy wykrzywionymi „faktami”, które zgadzają się jednak z przekazem bańki, w jakiej tkwią, a więc „utwierdzają w wierze”…

Powiedzmy na koniec parę słów o wodzach owych plemion, o nowych oligarchach. Po pierwsze warto zauważyć, że są to ludzie obdarzeni niezwykłą władzą. Mechanizm nieustannej, codziennej walki plemiennej jest bowiem bardzo prosty – najgorszy „nasz” jest i tak lepszy od najlepszego „obcego”. Wodzom i w ogóle wszystkim „naszym” wybacza się niemal wszystko, bo przecież „ostatecznie walczą razem z nami w słusznej sprawie”. U śmiertelnie zwaśnionych przeciwników nie docenia się niczego a już na pewno nie wybacza, nie toleruje. Nowoplemienność jest jednym ze zjawisk występujących łącznie np. ze społecznym zjawiskiem odchodzenia od religii. Dlatego walka międzyplemienna zyskuje eschatologiczny wręcz wymiar – „Dobro” (my) walczy ze „Złem” (oni). Nie dziwmy się więc, że władza plemiennego wodza, niezależnie od tego czy będzie to lider polityczny, medialny czy jakikolwiek inny „guru”, jest tak wielka. Mechanizmy wewnętrznej samokontroli w plemionach są bardzo słabe, bo przecież w czasie wojny nie wolno podważać przywództwa. A wojna trwa non stop, dzień i noc, nieustannie przez długie lata i bez żadnej szansy na zakończenie…

Nowopolskich wodzów plemiennych podzielić możemy ze względu na trzy kategorie. W sumie plemion powstało już nawet setki a będą może i tysiące ale naprawdę znaczących, decydujących o kształcie życia społeczno-politycznego jest kilka-kilkanaście. Drugim kryterium jest pozycja z jakiej guru przemawia. Najczęściej mówimy o liderze politycznym lub autorytecie medialnym choć mogą być inne funkcje, np. autorytet religijny lub naukowy. Trzecim wreszcie kryterium jest szczerość lub cynizm plemiennego przywódcy. Otóż istnieją wodzowie będący już całkowicie świadomościowo po stronie polskości 3.0. Oni są szczerze przekonani do tego, że bańka, którą tworzą, której emocjami zarządzają, którą nakręcają i której przewodzą w różnych internetowych bojach, jest rzeczywiście „arką zbawienia”, ową „jedyną wspólnotą świadomych Polaków”, którzy „posiedli prawdę” i są przeznaczeni do tego żeby zarządzać resztą „motłochu”. Tacy egocentryczni fanatycy są najgroźniejsi, bo oni realnie wierzą, że ich misją jest wytępienie innych grup za pomocą swojej plemiennej sekty. Niezależnie od kosztów i z każdą pomocą, również zewnętrzną. Istnieją również wodzowie cyniczni, którzy sięgają po mechanizmy nowoplemienne jako narzędzia, które trzeba stosować we współczesnej rzeczywistości. Bo ci, którzy po nie w ogóle nie sięgają, we współczesnej mediopolityce znaczą raczej niewiele albo nic. Takie są warunki gry. Sięgając po owe narzędzia ci lepsi, bezpieczniejsi dla państwa wodzowie, robią to jednak z odpowiednim dystansem, by nie rzec odrazą, mając na koniec dnia na widoku dobro państwa i narodu jako całości.

We wstępie napisałem, że proces transformowania się w polskość 3.0 jest do pewnego stopnia nieuchronny. Zważywszy na postępującą zależność wodzów plemiennych od swoich baniek jest to jednak zjawisko niesamowicie groźne. Trzeba sobie bowiem jeszcze dopowiedzieć, że olbrzymia władza wewnątrzplemienna, jaką posiadają wodzowie, ma swoje istotne ograniczenie – wódz nie może „przekroczyć wspólnoty” i porozumieć się z wrogim plemieniem, bo to już pachnie zdradą. Jeśli „tamci” są Złem a my Dobrem, to takie porozumienie czy współpraca staje się zdradą, ba, świętokradztwem! W rezultacie normalne zarządzanie państwem, związane z osiąganiem długoletniego consensusu wokół kluczowych spraw, staje się niemożliwe. Każda przestrzeń staje się areną walki, która coraz bardziej wyniszcza zdolności rozwojowe kraju i godzi w jego bezpieczeństwo.

Podsumowując. Internet, w tym polski internet jest wspaniałym miejscem, w którym maksymalnie kilka procent społeczeństwa obserwuje i bierze udział w poważnej, eksperckiej debacie na temat państwa. Gdzie wykuwają się ważne idee i strategiczne zagadnienia oraz rozwiązania. Gdzie wymienia się opinie na temat rzeczywistości zamiast odprawiać rytuały w ramach zbiorowych halucynacji. Jednak pozostałych ponad 95% Polaków żyje albo poza tą debatą, co jeszcze nie jest problemem, albo spędza wiele godzin dziennie w sieci, ekscytując się i konsumując produkty plemiennych kuchni, które medialni szamani przyrządzają w swoich brudnych kociołkach. Dlatego demokracja, która do istnienia potrzebuje dwóch rzeczy, czyli wspólnego oglądu rzeczywistości i miejsca, w którym toczy się wspólnotowa debata, już się skończyła i nie wróci. Nie ma ani wspólnoty, ani takiego miejsca gdzie, szeroko i masowo, można by debatować o jej sprawach.

Jaka zatem czeka nas przyszłość? W każdym scenariuszu będzie ciężko, natomiast kluczem jest poziom rozumienia, odpowiedzialności i wspólnego widzenia rzeczywistości, zwłaszcza zewnętrznej, przez poszczególnych, najważniejszych wodzów plemiennych. Fakt, że będą musieli odprawiać plemienne rytuały na użytek swojej, radykalizującej się coraz bardziej w ramach baniek internetowych, publiki, jest oczywisty. Nie dlatego, że całe społeczeństwo żyje już w rytmie nowoplemiennym, ale dlatego, że żyje w nim już bardzo znacząca i decydująca o powodzeniu wyborczym jego część. Rytuały będą więc odprawiane a plemienni szamani będą w mediach wszelkiego typu obkładać przeciwników najgorszymi klątwami. Kluczowe zagadnienie brzmi czy znajdą się w naszym życiu publicznym świadomi wodzowie, którzy będą w stanie zorganizować sobie zaplecze złożone nie tylko z politycznych szamanów, ale również z ludzi rozumiejących głębokie, rdzeniowe interesy naszego państwa i potrafiących nim zarządzać. Oraz czy akurat ci wodzowie będą dysponować odpowiednio dużą siłą żeby móc przejmować odpowiedzialność za naród i państwo. Za jeden naród, choć trwale porozbijany za pomocą rewolucji w masowej, totalnej komunikacji społecznej. Dlatego módlmy się i zabiegajmy o silne i mądre elity a przede wszystkim o silnych i mądrych oligarchów nowoplemiennych, bo to w ich rękach leży przyszłość Polski.

PS. A co ze mną, zapytasz? Co ja mam robić, jeśli jestem prostym człowiekiem, nie wiem gdzie toczy się ta ekspercka debata o której piszesz, jeśli nie czuję się na siłach tworzyć zaplecze nowej, polskiej oligarchii? Jeśli to wszystko mnie przerasta? Mam dobrą radę – wyłącz internet i zastanów się jakie więzi rodzinne czy towarzyskie ostatnio zaniedbałeś, postaraj się odzywać do ludzi, odwiedzać ich i szybko to naprawiać. Zacznij tworzyć żywą kulturę zamiast konsumować samotnie internetową papkę. Zrobisz tym naprawdę dużo dla przetrwania narodu.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.