Jak stworzyć hybrydę językową, której nikt nie rozumie, nawet sam zainteresowany.

Linda Klimovičová – młoda, zdolna, nowa nadzieja polskiego tenisa. Wszystko pięknie, dopóki nie pojawi się w telewizji transmisja meczu z jej udziałem. Bo wtedy zaczyna się nasz prawdziwy sport narodowy, w którym telewizyjni i radiowi Polacy są absolutnymi mistrzami świata w zniekształcaniu słowiańskich nazwisk na czas.

Uściślijmy coś od razu: nie chodzi o zawodowych dziennikarzy, którzy z reguły wiedzą, że nazwisko to nie numer buta i da się je sprawdzić przed wejściem na antenę, choć i tu zdarzają się wyjątki. Chodzi zwłaszcza o tych drugich – tak zwanych ekspertów, zapraszanych do studia do komentowania wszystkiego: od tenisa, przez geopolitykę, po pogodę na długi weekend. To oni najczęściej wpadają w fonetyczną panikę, gdy zobaczą na kartce coś więcej niż pięć liter bez ogonków.

W oryginale: Klimovičová.
Na pasku TV: Klimovicova.
W ustach eksperta: coś pomiędzy Klimowikową, KlimowicowąKlimowicovą – zależnie od tego, czy zdążył już wypić kawę, czy jeszcze walczy z traumą po porannym przeglądzie prasy.

Byłem świadkiem, jak grupa telewizyjnych komentatorów pastwiła się nad jej nazwiskiem: Klimowicowa, Klimcowa, Klimowikowa – pełen wachlarz kreatywności, od fantazji po science fiction. Jeden nawet mruknął coś pod nosem, jakby sam poczuł, że za chwilę palnie głupstwo.

To nie jest błąd.
To jest tradycja narodowa.

Polski TiVimen nie boi się „Dżonsona”, ale „č” go paraliżuje. „Dżonson” przechodzi gładko, bez mrugnięcia okiem. Powiedziałby nawet Łejs, Skajłoker i Łił Smit, gdyby zaszła taka potrzeba dziejowa. Ale pokaż mu „č”, a natychmiast zaczyna się fonetyczna panika – jakby ktoś kazał mu czytać instrukcję obsługi reaktora jądrowego po klingońsku.

A przecież „č” to nasze swojskie „cz”. Proste? Proste. Tylko nie dla TiVimena. On widzi gołe „c” i czyta je jak „c”. Widzi „š” – robi „s”. Widzi „ž” – robi „z”. I czeskie nazwisko traci swoją tożsamość, a ekspert brzmi, jakby z wielkim przejęciem recytował skład chemiczny taniej pasty do zębów.

Czeskie znaki diakrytyczne znikają w polskich mediach szybciej niż pieniądze z konta po wypłacie:
PlíškováPliskova
KrejčíkováKrejcikova
SiniakováSiniakova

A potem lektor, albo ekspert czyta to z nabożnym skupieniem, jakby to były nazwiska z przedmieść Londynu, a nie z Ostrawy. Bo skoro jest „c”, to musi być „c”. I tak z wybitnej czeskiej tenisistki robi się postać z niedokończonej gry komputerowej z lat 90.

Ale kiedy do gry wchodzi cyrylica, to zaczyna się prawdziwy festiwal absurdu. Rosyjski i ukraiński mają wszystkie te nasze słowiańskie głoski: sz (ш), ż (ж), cz (ч). Tyle że między nimi a polską anteną wchodzi ona – Anglosaska Transliteracja. I nagle:
• ш zamienia się w „sh”,
• ж w tajemnicze „zh”,
• ч w „ch”,
• a щ w „shch”, czyli nasze „szcz”, zapisane jak imię potwora z Loch Ness.

Efekt? Szewczenko staje się Shevchenko, a Łukaszenko – Lukashenko. A najpiękniejsze jest to, że polski ekspert widzi to „Shevchenko” i czyta je z polskim akcentem, tworząc hybrydę, której nie rozumie ani Anglik, ani Ukrainiec, ani sam zainteresowany. To nie jest transliteracja. To jest zemsta alfabetu łacińskiego na reszcie świata.

A na końcu wracamy do Lindy. Bo jeśli chcemy kibicować młodej, zdolnej, polskiej tenisistce, to może zacznijmy od elementarnego szacunku – od wiedzy, jak ona się naprawdę nazywa. To przecież jest w końcu nasza zawodniczka, a my nawet nie umiemy poprawnie powiedzieć jej nazwiska. To po prostu wstyd.

Nie Klimovicova.
Nie Klimowicowa.
Nie Klimowikowa.
Tylko: Klimovičová.

Z tym czeskim „č”, które nie gryzie, nie parzy i nie wymaga specjalnego pozwolenia z Ministerstwa Kultury. Jeśli polskie media nauczą się wymawiać choć jedno „č”, to może kiedyś poradzą sobie także z „š”, „ž”, „ć”, „đ” i całą resztą tej naszej wielkiej, skomplikowanej słowiańskiej rodziny.

A wtedy – kto wie – może doczekamy czasów, w których nawet Donald Trump nauczy się mówić „Nawrocki”, zamiast zapowiadać walkę legendarnego „Now Rocky’ego”. Choć podejrzewam, że robi to nie ze złośliwości ani z nieuctwa, ale z czystej, amerykańskiej sympatii do nazwiska, które dobrze brzmi w ringu. W końcu Nawrocki był bokserem. I to wiele wyjaśnia.

I jeszcze jedno, co w polskich studiach regularnie wywołuje konsternację. W językach słowiańskich nazwisko to nie tabliczka znamionowa, tylko forma żywa, gramatyczna.

Tak jak w polszczyźnie odróżniamy nazwiska męskie i żeńskie – przez dodanie „a”, „-ska”, „-cka” – tak samo robią to Czesi i Słowacy. Tyle że oni dodają „-ová”. I nie tylko żonie, ale także córce. Bo to nie jest kwestia stanu cywilnego, tylko rodzaju gramatycznego.

U nas jeszcze nie tak dawno było podobnie. Córka to „-ówna”, żona „-owa”. Różnica taka, że u nas te formy wypadły z użycia, a u nich się zachowały. Bez ideologii, bez nowoczesności – zwyczajnie, po słowiańsku.

Więc Klimovič to ojciec.
Klimovičová – córka albo żona.
I nie ma w tym żadnej tajemnicy.

A dla tych, którym nadal trzęsie się głos na widok czeskich literek – krótka ściąga:

Czeski i słowacki – po polsku:
• č = cz
• š = sz
• ž = ż
• ř = miękkie „rz” – u nas kiedyś było takie samo, tylko z czasem stwardniało
• ť = ć
• ď = dź
• ň = ń

I tyle. Reszta to nie fonetyka, tylko brak przygotowania do występu – i odrobiny odwagi.

Do roboty, panowie eksperci, bo „č” czeka.

Zbigniew Grzyb

PS. Trwa Australian Open. Linda bez straty seta przeszła kwalifikacje i jest w głównej drabince. Nie wiem, jak jej dalej pójdzie, ale trzymam za nią kciuki i życzę jej wszystkiego najlepszego.

z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA🍄