Samoloty rzadko kojarzyą się z Bieszczadami. A jednak — wśród wielu dramatów rozgrywających się w górach, w walce z bandami UPA, brały udział również one. Startowały z polowego lotniska w Sanoku. Ci którzy je pilotowali ryzykowali życiem, lecąc nisko nad lasami. Nie wszystkim dane było wrócić..

Jednym z nich był trzydziestoletni Jan Dzieńkowski.

Urodził się 25 kwietnia 1917 roku, w chłopskiej rodzinie w Krzywkach-Piaskach pod Mławą. Już jako chłopiec patrzył w niebo dłużej niż inni. Z fascynacją, która z czasem przerodziła się w marzenie. A marzenia, jeśli są wystarczająco mocne, potrafią poprowadzić człowieka naprawdę daleko.

W 1937 roku ukończył gimnazjum i natychmiast ruszył w stronę lotnictwa — najpierw do Ustjanowej, gdzie zdobywał podstawy szybowcowego pilotażu. Potem do Dęblina, do Szkoły Podchorążych Lotnictwa. Był ambitny, zdolny, pracowity. Awansował szybko, zbierając dobre i bardzo dobre oceny.

Wybuch wojny przeciął jego młodość . Szkolenie nie zostało ukończone, snu o lataniu nie mógł doprowadzić do końca. 26 września 1939 roku wrócił do rodzinnej Mławy — tam działał w konspiracji, był żołnierzem Armii Krajowej.

Po wojnie nie wahał się ani chwili. Sam poprosił o powrót do wojska. Lotnictwo przyjęło go z powrotem, najpierw na kurs obserwatorów, później jako nawigatora w OSL w Dęblinie. Działał z oddaniem, nagradzany za wzorową służbę.

W 1947 roku Bieszczadach szalał terror płonęły domy ginęli ludzie. Po zabójstwie generała Świerczewskiego powołano Grupę Operacyjną „Wisła”, która miała stawić czoła UPA. Wśród oddziałów znalazł się mały, z pozoru niepozorny klucz samolotów Po-2.

W jednej z załóg latał porucznik Jan Dzieńkowski.

Rankiem 19 czerwca dostał zadanie — lot rozpoznawczy nad terenem Baligrodu, Jabłonki i Rzepedź. Towarzyszył mu chorąży pilot Bronisław Świątkowski. Wiedzieli, że teren jest trudny. Wiedzieli, że las kryje tych którzy odpowiadali za śmierć na tym terenie . Lecieli nisko,, bo tylko z tej wysokości można było dostrzec ślady kryjówek band.

W rejonie Turzańska porucznik dostrzegł ruch między drzewami. To była banda „Burłaki”. Sekundy później powietrze przecięły serie z broni maszynowej.

Jedna z kul trafiła w czoło Jana Dzieńkowskiego.

Pilot zdołał odlecieć i sprowadzić maszynę, ale dla porucznika nie było już ratunku. Przewieziono go do Jasionki, a potem zabrano w ostatnią drogę — do Dęblina, miasta lotników, które pożegnało go z wojskowymi honorami.

21 czerwca 1947 roku tłum oficerów, podchorążych i mieszkańców stał przy jego trumnie. Nad nią generał Romeyko przypiął Krzyż Grunwaldu III klasy. Słowa dowódcy lotnictwa brzmiały : Zginął z ręki band UPA ; padł w walce, wierny Polsce.

Pochowano go na wojskowym cmentarzu w Dęblinie, w grobie numer 618.

Dla ludzi, którzy znali go przed wojną, pozostał młodym chłopakiem, zapatrzonym w przestworza.
Dla kolegów pilotów — przyjacielem i wzorowym obserwatorem.
Dla bliskich — synem i bratem, którego wojna zabrała nie w 1939, ale osiem lat później, w Bieszczadach.

I tylko góry zostały, te same milczący świadkowie ostatniego lotu.

Autor: Jędruś Ciupaga