Są artyści wielcy. Zdarzają się artyści modni, o których zpomina się po kilku tygodniach… Są także artyści najważniejsi, jak mawiam Platybnowi! I są tacy, którzy zdarzają się raz na tysiąc lat, jak gdyby nie byli tylko dziećmi swojego czasu, lecz darem dla całego narodu. Dziś, w 87. rocznicę urodzin Czesława Niemena, trudno oprzeć się myśli, że właśnie z takim darem mieliśmy do czynienia. A ja nawet raz w otoczeniu Moich Kochanych Rodziców widziałem go, jako dziecko.

W styczniu minęły już 22 lata od Jego odejścia, a przecież ON wciąż jest obecny. W dźwięku pierwszych taktów „Dziwny jest ten świat”. W monumentalnym, przejmującym „Bema pamięci żałobnym rapsodzie”. W mistycznej przestrzeni całej płyty Enigmatic i „Śnie srebrnym Salomei”. W tym charakterystycznym głosie, który nie śpiewał, ale przyzywał, wołał i upominał. On modlił się. On krzyczał w imieniu nas wszystkich.

Wspominam dziś tamten niezwykły dzień – 23 lutego 2019 roku, gdy na antenie Radio WNET przez całą dobę trwał „Dzień wspomnień o Czesławie Niemenie” w 80. rocznicę Jego urodzin. To było coś więcej niż audycja. To było czuwanie. A dla mnie, jako autora, nie tylko święto pamięci, ale przede wszystkim dowód, że prawdziwa sztuka nie poddaje się kalendarzowi.

Rozmowa z Marią Gutowską – pierworodną córką Artysty – pozostaje dla mnie jednym z najważniejszych radiowych przeżyć. Była w jej słowach czułość, ale i tęsknota. Opowiadała o Czesławie Wydrzyckim, chłopcu z Wasiliszek, który musiał podjąć dramatyczną decyzję: skoro ojczyzna nie wraca w dawne granice, trzeba jej szukać. I ta decyzja – jak wypalony znak – pozostała w Nim na zawsze.

Tęsknota za Starymi Wasiliszkami była w Jego muzyce jak drugi puls. Arkadia dzieciństwa. Prosty, szlachetny dom. Groby przodków. Smutek utraty i jednocześnie dar wolności. Bo może właśnie utrata stała się źródłem Jego twórczej siły? Może dlatego potrafił patrzeć na świat „przez czas przeszły”, jak mówiła Maria – widzieć więcej, głębiej, boleśniej.

Gdy wracał do Wasiliszek w 1976 i 1979 roku, wracał nie tylko jako gwiazda. Wracał jako pokorny syn ziemi, który nigdy jej w sobie nie utracił. Te fotografie, profil w kapeluszu, skupione spojrzenie, mówią więcej niż tysiąc komentarzy. Widać w nich człowieka zanurzonego w pamięci. To fotografie pani Małgorzaty Niemen.

Także wspomnienia Józefa Skrzeka, współtwórcy Grupy Niemen, dopełniały tamtego radiowego święta. Józef Skrzek i lata 1972–1973, albumy nagrywane z rozmachem, odwagą, bez oglądania się na mody: „Strange Is This World”, „Ode to Venus”, późniejsze „Marionetki”. To była muzyka, która nie prosiła o akceptację. Ona wyznaczała kierunki. Była jak otwarte okno w dusznym pokoju polskiej estrady.

I dziś, w 87. rocznicę Jego urodzin, trzeba to powiedzieć jasno: taki artysta rodzi się raz na tysiąc lat. Nie dlatego, że miał niezwykły głos. Nie tylko dlatego, że wyprzedzał epokę. Ale dlatego, że potrafił połączyć w jedno duchowość i nowoczesność, poezję i eksperyment, krzyk i ciszę.

Niemen był perłą i wyjątkiem. Nie da się Go skopiować. Nie da się powtórzyć. Można tylko próbować zrozumieć – i słuchać.

A kiedy słuchamy dziś Jego pieśni, mamy wrażenie, że czas nie istnieje. Że przeszłość i teraźniejszość stapiają się w jedno. Że chłopiec z Wasiliszek wciąż stoi na scenie i śpiewa o świecie, który jest dziwny – ale który można uczynić lepszym.

87 lat temu narodził się głos a 22 lata temu zapadła cisza. Ale to tylko pozory moi FB-przyjaciele.

Bo artyści, którzy rodzą się raz na tysiąc lat, nie odchodzą. Oni zostają i w narodowej pamięci, w wibracji strun wspomnień, a przede wszystkim w naszych sercach.