Od dzieciństwa nie lubiłam tej zabawy. Już wtedy — mimo że uszy jeszcze nieźle mi służyły — czułam, że coś jest nie tak, że nie rozumiem tak dobrze jak inne dzieci tego, co szepcze mi się na ucho. Na moje biedne, kulawe ucho.
Znacie to wrażenie, to przerażenie? Ktoś do ciebie mówi, odpowiadasz: „Słucham?”, on powtarza, a ty dalej nie wiesz co. Jest ci głupio, wstydzisz się, serce bije jak szalone, pytasz drugi raz, ten już zniecierpliwiony i… nic. W końcu wymyślasz jakąś pokrętną, pasującą do wszystkiego odpowiedź, coś w stylu: „Naprawdę? Nie wiedziałam!” albo potwierdzasz: „Tak, jasne”, a za dwa dni okazuje się, że zobowiązałaś się poprowadzić przyjęcie urodzinowe córki szefowej. No przecież, do kurwy nędzy, nie będziesz pytać trzeci raz, bo wyjdziesz na głupka.
To tak a propos: głuchy równa się głupi.
No bo co można powiedzieć o takim zachowaniu? Zebranie, gwar, ktoś opowiada dowcip, wszyscy się śmieją, a ty nie wiesz, o co chodzi, ale żeby nie odstawać, udajesz, że strasznie cię to ubawiło, i wybuchasz rechotem razem z innymi, z tym mikrosekundowym poślizgiem. Albo w sali wysokiej i pełnej pogłosu ktoś prosi cię o otwarcie okna, powtarza piąty raz, a ty usilnie starasz się wyniuchać z kontekstu, o co kaman, i w końcu po zgniłej dwudziestosekundowej przerwie podajesz mu długopis, a cała sala zanosi się śmiechem.
Głuchy = głupi.
Głuchy świat to niekoniecznie cisza. Chore uszy są bardzo wrażliwe na dźwięki. Hałas powoduje dyskomfort. Harmider i gwar to cechy środowiska niepożądane. Z nagromadzenia rozmaitych dźwięków trudno coś wyłowić, dlatego życie towarzyskie głuchych z konieczności ogranicza się do spotkań w bardzo małym gronie, bez tła muzycznego i odgłosów z zewnątrz.
A propos muzyki — uwielbiam ją, zawsze gra mi w głowie i codziennie włączam ulubione kawałki. Mam dobry słuch muzyczny, ale ostatnio coraz dłużej muszę się wsłuchiwać, by rozróżnić znaną mi melodię. Znakomicie słucha mi się na słuchawkach — ich rolę pełnią aparaty słuchowe — ale to zagraża komfortowi ucha i może mu nie służyć. Nie jestem tego do końca pewna, ale odnoszę wrażenie, że postęp głuchoty bywał związany z koncertami w salach nieprzystosowanych do tego celu — halach gimnastycznych czy sportowych. Raz było to ewidentne: w trakcie mojej ulubionej piosenki nagle poczułam się słabo, serce mi łomotało i musiałam wyjść. Potem zaczęły się piski i szumy uszne.
Tak, chore ucho niekoniecznie jest ciche. Czasem brzęczy, szumi, piszczy — to bardzo irytujące. Na szczęście aparaty słuchowe trochę niwelują te dźwięki. Gorzej, że na noc je ściągasz i wtedy nieraz do snu gra orkiestra.
Z chęcią spotkałabym się z grupą ludzi, żeby mówić im o problemach głuchych, ale co zrobię, jeśli zadadzą mi pytanie? Czy zrozumiem? Czy ktoś będzie powtarzał? Czy będą się śmiać? Czytać z ruchu ust też nie umiem. Nigdy nie korzystałam z podpowiadania. Wyginanie piruetów językiem i wargami przez życzliwych kolegów na nic się nie zdawało. Nie potrafię również migać. Zastanawiam się, jak dogadałabym się z głuchymi. Trzeba będzie wreszcie spróbować. Na razie uciekam od tematu.
Co świat może zrobić dla głuchych?
Zrozumieć i nie śmiać się.
A tak naprawdę — rozmawiać w małej skali. Sygnalizować, że będzie się mówiło. Mówić wprost do osoby, najlepiej z bliskiej odległości, spokojnie i powoli, wyraźnie, dość głośno, ale bez przesady. Mam znajomą, która do mnie krzyczy, przez co jest jeszcze mniej zrozumiała, a do tego drażni hałasem. Opowiedzieć krótko, co było mówione na zebraniu, w którym taka osoba uczestniczyła. Wysłuchać jej w rozmowie twarzą w twarz na interesujący ją temat. Publicznie nie weźmie udziału w dyskusji z obawy przed pytaniami z sali i uwagami, których nie dosłyszy.
A przecież bywa gadułą, opowiadaczem. Moja babcia bardzo dużo mówiła, snuła piękne historie, czasem z dobrą puentą, bo w ten sposób utrzymywała namiastkę kontaktu ze światem, gdy już była głucha jak pień. Nie wiem, dlaczego akurat pień. Etymologie podpowiadają, że pień po ścięciu drzewa jest martwy, pozbawiony życia. Babcia była bardzo żywa przez 96 lat. Tego nie rozumiem.
Nie trzeba wykładać świata puchem ani tworzyć w każdym pomieszczeniu pętli indukcyjnych. Ale warto zdać sobie sprawę z alienacji głuchych w sytuacjach społecznych i — kiedy już wiecie, kto ma „zatkane uszy” — dać mu szansę. To może być bardzo interesujący i inteligentny człowiek. I zawstydzony swoją ułomnością. Bo jest to niepełnosprawność, która niszczy relacje.
Może też buduje nowe — od dawna obiecuję sobie zajrzeć wreszcie do siedziby Związku Głuchych.
I na koniec: zmagając się z głuchotą, zauważyłam, że za słowami wcale nie kryje się aż tak dużo treści. Że często gadamy bez sensu i że wiele znaczeń można wyczytać z mimiki, gestów i intonacji. Często znacznie istotniejszych niż same słowa.
Zostaw komentarz