Branzberg — miejsce, gdzie w 1944 roku w bieszczadzkim lesie UPA odebrała życie ponad 70 Polakom. Niewinnym ludziom, którzy jeszcze chwilę wcześniej byli ojcami, matkami, dziećmi… Uciekali przed śmiercią ale śmierć szała za nimi. Byli bici, torturowani i mordowani z niewyobrażalnym okrucieństwem. Krzyczeli z bólu. Wołali swoich najbliższych. Prosili o litość.

Została tylko cisza lasu i ziemia, w którą wsiąkła polska krew.
Oficjalnie mówi się, że szczątki rozwlekły dzikie zwierzęta. Ale ci, którzy interesują się tym tematem , wiedzą że fetor rozkładających się ciał dotarł by do pobliskich zabudowań. W niedalekiej odległości mieszkali ukraińscy sąsiedzi. Na pewno słyszeli i widzieli to co wydarzyło się na miejscu kaźni. Może ktoś z was coś słyszał. Ktoś może pamięta miejsce, o którym przez lata nie wolno było mówić.
Dziś apeluję do sumień wszystkich. Bez względu na narodowość czy wyznanie. Każda wzmianka o tym gdzie mogą być porzucone lub ukryte ciała pomordowanych to obowiązek żywych wobec tych którzy nadal czekają no godny pochówek.

Badania IPN prowadzone wokół leśniczówki i w najbliższym otoczeniu nie przyniosły odpowiedzi.

Jest jeszcze jedna sprawa..
Dziś są ludzie, którzy wyśmiewają tę zbrodnię. Mówią: „Skoro nie ma ciał, nie ma dowodów”. „Tego wcale nie było”.
Czy to że nie mają własnej mogiły unieważnia ich cierpienie?

Rozmawiałem z osobami które jeszcze w latach 70. słyszeli opowieści o tym co wydarzyło się na Branzbergu. Wiem, że żyją potomkowie tych, którzy mogą coś wiedzieć.
Proszę tylko o jedno: pomóżcie odnaleźć szczątki.
Oni już nie mogą wołać. Nie mogą upomnieć się o własne kości. Nie mogą powiedzieć nikomu „Tu jesteśmy”.
Dlatego dziś piszę w ich imieniu.
Gwarantuję pełną anonimowość jeśli chodzi nawet pojedyncze zdanie.

Czekają już ponad 80 lat. Nie na zemstę. Czekają tylko na kawałek ziemi, krzyż i ludzką modlitwę.

Pokażmy, że mimo krwawej historii najważniejsza jest pamięć o zamordowanych i godność tych, którzy do dziś nie doczekali się własnego grobu.
Nie pozwólmy, aby ich ostatnim miejscem spoczynku pozostał milczący las.

Franciszek Król — ojciec trzymający dziecko w ramionach.
Zwyczajny człowiek z bieszczadzkij ziemi.
Był jednym z wielu niewinnych zamordowanych podczas zbrodni na Brenzbergu.

Fotografia pochodzi z książki Antoniego Derwicha „Utajone w bieszczadzkim lesie. Umarli bez grobów. Brenzberg 1944”

Jeśli ktoś nie posiada jeszcze książki o. Antoniego Derwicha „Utajnione w bieszczadzkim lesie. Branzberg 1944”, istnieje możliwość zakupu z wysyłką.
Kontakt: Kasia — tel. 668 359 594 Proszę dzwonić po godzinie 16:00.

Autor: Jędruś Ciupaga