Elektryk z Foxconnem? Jak najbardziej możliwe. Fabryka półprzewodników? To już zupełnie inna historia.
Foxconn nie jest producentem zaawansowanych półprzewodników porównywalnym z TSMC, Samsungiem czy Intelem i nie dysponuje technologiami najbardziej zaawansowanej produkcji chipów. Dlatego samo hasło „fabryka półprzewodników” to bardziej chwyt PR-owy niż precyzyjna kategoria przemysłowa.
To, co realnie może powstać w Polsce, to zakład pakowania i testowania układów scalonych albo montażu serwerów AI (i w przypadku Foxconn chyba to jest to). I nie należy tego bagatelizować. NVIDIA, Dell czy HPE szukają europejskich hubów produkcyjnych pod presją dywersyfikacji od Azji.
Polska ma dobrą lokalizację, konkurencyjne koszty i dostęp do rynku 450 milionów konsumentów. Kilka tysięcy miejsc pracy, rozwój kompetencji technicznych i wejście do łańcucha dostaw infrastruktury AI to realna wartość.
Jest też drugi problem. Foxconn ma historię bardzo ambitnych zapowiedzi składanych w określonym kontekście politycznym, po których następowały renegocjacje i redukcja skali projektów. Najbardziej znanym przykładem pozostaje Wisconsin, gdzie zamiast zapowiadanej inwestycji wartej 10 mld dolarów i 13 tys. miejsc pracy ostateczna skala projektu okazała się znacznie, znacznie mniejsza.
Polska może skorzystać na tej inwestycji. Ale tylko pod warunkiem, że negocjuje twardo: etapowe uruchamianie wsparcia powiązane z konkretnymi kamieniami milowymi oraz precyzyjna definicja tego, co dokładnie ma powstać. Nie „fabryka półprzewodników” jako slogan PR-owy.
Autor: Hanna Shen
Dziennikarka, korespondentka GPC na Tajwanie, prowadzi swojego bloga pod adresem: haniashen.blogspot.tw
Zostaw komentarz