Wiecie co… naprawdę trudno znaleźć wystarczająco mocne słowa na taki poziom politycznej prowokacji. Populista, demagog, prowokator, intrygant, mąciciel — te określenia same cisną się na usta, kiedy premier zamiast spierać się z Prezydentem na argumenty, publicznie przypisuje mu intencję „szkodzenia Polsce” i „szkodzenia Polakom”.

I właśnie dlatego uważam, że polityk posługujący się taką retoryką nie zasługuje na miano premiera Polskiego rządu. Premier powinien brać odpowiedzialność za państwo również wtedy, gdy prezydent korzysta ze swoich konstytucyjnych kompetencji w sposób, który rządowi się nie podoba. Powinien przedstawiać argumenty, przekonywać i brać odpowiedzialność za własne decyzje — a nie urządzać kolejną odsłonę wojny polsko-polskiej.

Najłatwiej wskazać wroga. Najłatwiej wmówić ludziom: „to on szkodzi Polsce”. Najłatwiej podgrzać emocje, podzielić społeczeństwo na „naszych” i „tamtych”, a potem — i tego możemy być niemal pewni — wyjść przed kamery z zatroskaną miną i wygłosić kolejne przemówienie o „wygaszaniu emocji”, „odpowiedzialności za słowo” i „podnoszeniu poziomu debaty publicznej”.

Strażak z kanistrem benzyny. Najpierw dolewa paliwa do politycznego pożaru, a chwilę później pojawia się z gaśnicą i poucza wszystkich, że trzeba uspokoić sytuację.

To jest właśnie demagogia: minimum argumentów, maksimum emocji. Najpierw przypisać przeciwnikowi działanie przeciwko Polsce, później oburzyć się na brutalizację języka, a na końcu przedstawić siebie jako tego, który chce społeczeństwo pojednać.

Premierze, można nie zgadzać się z Prezydentem. Można krytykować jego decyzje nawet bardzo ostro. Ale jeśli odpowiedzią szefa rządu na polityczny spór staje się sugestia, że głowa państwa świadomie szkodzi własnemu krajowi, to pytanie nasuwa się samo:

kto tutaj naprawdę podgrzewa emocje, obniża poziom debaty i dolewa benzyny do polsko-polskiego ognia?