Państwo miało dać rodzicom darmowy eDziennik. Brzmi pięknie. Prawie jak promocja w supermarkecie: „drugi produkt gratis”. Tyle że tutaj produktem nie jest zeszyt, długopis ani aplikacja. Produktem są dane naszych dzieci.
I właśnie dlatego weto prezydenta Karola Nawrockiego w tej sprawie uważam za całkowicie uzasadnione.
Bo nie rozmawiamy o zwykłym elektronicznym notesie nauczyciela. Projekt przewidywał stworzenie centralnego państwowego systemu, zintegrowanego z Systemem Informacji Oświatowej i dostępnego m.in. przez mObywatela. Wśród danych przewidzianych do przetwarzania znalazły się m.in. PESEL ucznia, zdjęcie, data urodzenia, dane dotyczące szkoły, oceny, frekwencja, a także informacje o specjalnych potrzebach edukacyjnych i orzeczeniach.
I teraz najważniejsze: gdzie jest granica?
Bo można powiedzieć: „Spokojnie, przecież to wszystko będzie bezpieczne”.
Oczywiście.
Tak samo jak każdy system informatyczny na świecie jest „bezpieczny” do momentu, kiedy przestaje być bezpieczny.
Cyberatak nie pyta, czy baza jest państwowa czy prywatna. Haker nie mówi: „O, tutaj są dane dzieci, to ja jednak odpuszczę”. A im większa i bardziej atrakcyjna baza, tym większa jest potencjalna wartość jej przejęcia.
Dlatego właśnie prezydent zwrócił uwagę, że przy tak ogromnym zbiorze danych bezpieczeństwo powinno być absolutnym priorytetem, a ustawa nie dawała — jego zdaniem — wystarczających gwarancji dotyczących zabezpieczeń i dostępu. Wskazał także na brak dostatecznie szczegółowych regulacji dotyczących m.in. szyfrowania, audytów bezpieczeństwa czy procedur reagowania na zagrożenia.
A teraz dochodzimy do kwestii, o której warto mówić głośno.
Rodzic nie miałby po prostu dostać formularza: „Czy wyrażasz zgodę na stworzenie państwowego profilu cyfrowego twojego dziecka?”.
Nie.
System miał działać na podstawie przepisów ustawy, która określała administratorów, użytkowników, zakres danych i zasady dostępu. Rodzic miał być użytkownikiem systemu, ale podstawą przetwarzania danych miały być przepisy prawa, a nie dobrowolna zgoda rodzica.
I właśnie tutaj zapala mi się czerwona lampka.
Bo zgoda na cyfryzację szkoły to jedno. Zgoda na tworzenie coraz większych centralnych zbiorów informacji o naszych dzieciach to coś zupełnie innego.
Niech nikt nie próbuje wmówić rodzicom, że sprzeciw wobec takiego rozwiązania oznacza sprzeciw wobec technologii.
To bzdura.
Technologia — tak.
Elektroniczny dziennik — tak.
Darmowe rozwiązanie państwowe — być może.
Ale centralna baza informacji o milionach dzieci?
Najpierw bezpieczeństwo. Potem system.
Bo w takim systemie nie znajduje się tylko informacja, że Jaś dostał czwórkę z matematyki.
Znajduje się tam znacznie więcej.
PESEL.
Zdjęcie.
Frekwencja.
Oceny.
Informacje o specjalnych potrzebach edukacyjnych.
Informacje wynikające z dokumentacji szkolnej.
Dane rodziców.
Dane kontaktowe.
A część informacji może pośrednio mówić bardzo wiele o sytuacji rodzinnej czy zdrowotnej dziecka.
To już nie jest zwykły dziennik.
To jest cyfrowy portret dziecka.
I dlatego argument: „Ale przecież będzie za darmo!” jest wyjątkowo słaby.
Darmowe?
Nie ma nic za darmo.
Za system zapłaci podatnik — projekt był wyceniany na ponad 200 mln zł.
A za możliwość zgromadzenia danych zapłacimy czymś jeszcze cenniejszym: koncentracją informacji o naszych dzieciach w jednym systemie.
I właśnie dlatego dobrze, że prezydent powiedział: STOP.
Nie powiedział: „Nie dla eDziennika”.
Powiedział coś znacznie rozsądniejszego:
„Przygotujcie go dobrze. Zabezpieczcie dane. Skonsultujcie rozwiązanie z nauczycielami i ekspertami. Pokażcie, że te pieniądze trzeba wydać. Dopiero wtedy wróćcie z ustawą”.
I to jest właśnie różnica między odpowiedzialną cyfryzacją a cyfrowym hurraoptymizmem.
Bo jeśli ktoś chce stworzyć system obejmujący miliony uczniów, to nie może działać według zasady:
„Najpierw uruchomimy, potem zobaczymy”.
Nie.
Na dzieciach się nie eksperymentuje.
Na danych dzieci tym bardziej.
A jeśli rząd naprawdę jest przekonany, że jego eDziennik jest bezpieczny, potrzebny i świetnie przygotowany, to nie powinien obrażać się na weto.
Powinien usiąść do stołu, poprawić ustawę, pokazać ekspertom zabezpieczenia, przeprowadzić rzetelne konsultacje i wrócić z rozwiązaniem, którego rodzice nie będą musieli się bać.
Bo bezpieczeństwo dzieci nie jest przeszkodą dla cyfryzacji.
Jest jej warunkiem.
A rodzic ma prawo zapytać:
Kto ma dostęp do danych mojego dziecka? Gdzie one są przechowywane? Jak są zabezpieczone? Kto odpowiada za wyciek? Co się stanie po cyberataku? Jak długo dane będą przechowywane? I dlaczego państwo potrzebuje właśnie tych danych?
To nie są pytania „antydemokratyczne”.
To są pytania zdroworozsądkowe.
I jeżeli na takie pytania odpowiedzią jest: „Bezczelnością jest zasłanianie się bezpieczeństwem danych”, to ja mam inną propozycję.
Niech bezpieczeństwo danych przestanie być zasłoną.
Niech stanie się pierwszym punktem ustawy.
Bo PESEL dziecka nie jest zabawką.
Zdjęcie dziecka nie jest zabawką.
Informacja o jego zdrowiu, specjalnych potrzebach, frekwencji czy sytuacji szkolnej nie jest zabawką.
A państwo, które chce mieć dostęp do takich danych, powinno najpierw udowodnić, że potrafi je ochronić.
Dlatego to weto nie jest wojną z cyfryzacją.
To jest bardzo proste pytanie:
Czy zanim stworzymy cyfrowy portret milionów polskich dzieci, potrafimy zagwarantować, że nikt niepowołany nigdy go nie dostanie?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak” — pokażcie zabezpieczenia.
Jeżeli brzmi „pracujemy nad tym” — to właśnie po to było WETO.
Zostaw komentarz