Trochę zacierają mi się w pamięci szczegóły, zwłaszcza daty, bo wydarzyło się to pół wieku temu, ale firma, w której wtedy pracowałem, była jak miniatura PRL. Apodyktyczny przywódca i cieszący się specjalnymi przywilejami jego akolici — lepsze mieszkania, atrakcyjniejsze wczasy, pożyczki poza kolejnością, dyplomy, resortowe odznaczenia — oraz reszta, absolutnie rozwarstwiona socjologicznie na personel wyższy, średni i niższą załogę. Tyrana wspomagała partia, do której należało ze 70% pracowników, i związek zawodowy, do którego należeli wszyscy.
Coś jednak w tym układzie się zepsuło. Zasiedziałego od ćwierć wieku dyrektora odwołano, zarzucając mu jakieś sprzeniewierzenie, i firmą zaczął kierować komisarz — stary komunista, przysłany z ówczesnego NIK. Po nim rządy objął upadły anioł z najwyższych warszawskich sfer; mówiono nawet, że był zaufanym psychiatrą samego KC. Noszący się po angielsku, z nieodłączną fajką, przemiły człowiek, lek. med. A.R.
Był zwolennikiem modnego w owym czasie trendu Kazimierza Dąbrowskiego — dezintegracji pozytywnej, zakładającej, iż „trudne doświadczenia i związany z nimi ból psychiczny mogą przynieść wzrost wrażliwości, empatii, głębsze rozumienie siebie i świata”. Komitet Centralny PZPR, mimo trudnych doświadczeń po wykończeniu Gomułki i związanym z tym bólem, nie chciał głębiej siebie zrozumieć, być bardziej empatyczny, wrażliwszy… i zesłał niesfornego pupila do szpitala psychiatrycznego położonego na absolutnych peryferiach geograficznych i politycznych socjalistycznego państwa.
Nowy dyrektor to, co zastał, zaczął z zapałem dezintegrować. Przede wszystkim usunął kraty w oknach, wyzwolił pacjentów z licznych ograniczeń. Zburzył dotychczasową hierarchię, za nic miał — mimo oczywistej przynależności do partii — dawnych zasłużonych towarzyszy, nie wspominając już o związku zawodowym, który jakby przestał go obchodzić. Otaczał się młodymi lekarzami i psychologami oraz co urodziwszymi pielęgniarkami. Nawet mnie zaproponował przejście na „ty”, ale jakoś się od tego spoufalenia odżegnałem, mimo iż był również dyrektorem studium, w którym jednocześnie pracowałem.
To był szalony czas. Za ogrodzeniem szpitalnym wszystko odbywało się jak dawniej, a w środku dyrektor stworzył z opresyjnej instytucji humanistyczną enklawę. Z Warszawy zaczęli przyjeżdżać lekarze, artyści, filmowcy na warsztaty odbywające się — koniec końców — na głuchej wsi. W tym klimacie absolutnego rozprężenia sami też zaczęliśmy się z Antkiem dezintegrować i staczać na manowce, co zainteresowało SB.
Założono nam arkusze informacyjne osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa, nadano ksywy figurantów: ja miałem „tandeciarz”, a Antek — tu się nie wysilili — „lekarz”. Rozpostarli nad nami sieć tajnych współpracowników, złożoną z pracowników szpitala. Coś ze dwanaścioro, z agentem, którym okazał się mój przyjaciel z Wadowic. Miał on za zadanie informować o terminach przyjazdu syna do starej matki i o tym, co przy okazji tych odwiedzin robił przeciwko ustrojowi.
Zostaw komentarz