Refleksje po wykładzie prof. Jakuba Andrzejczaka w Andrychowie

Niedziela rano, siódma z minutami. Człowiek jest w trybie świątecznym, uczestniczy we Mszy Świętej w kościele w Roczynach. Jest w nastroju bardziej modlitewnym i wzniosłym niż publicystycznym. Msza zbliża się do końca, więc pora na ogłoszenia parafialne. I już na początku tych ogłoszeń pada informacja, że w Andrychowie, w kościele pw. św. Macieja, w ramach Forum dla Rodziny, będzie wykład profesora Jakuba Andrzejczaka o rodzicielstwie i dzieciństwie w świecie cyfrowym. Z ogłoszenia dowiedziałem się też, że wcześniej prof. Andrzejczak spotkał się z młodzieżą i nauczycielami Szkoły Podstawowej w Roczynach. A ja już tak mam, że kiedy ktoś ma mówić o sprawach, które mnie interesują, to zanim go posłucham, lubię najpierw sprawdzić, kto zacz i z jakiej pozycji mówi.

Wróciłem więc do domu, odpaliłem komputer i zacząłem szperać. Socjolog wychowania, badacz funkcjonowania dzieci i młodzieży w świecie cyfrowym, wykładowca, człowiek od lat zajmujący się tym, co technologia robi z nami i co my robimy z technologią. Do tego nie kolejny internetowy prorok końca świata, który na widok smartfona chciałby od razu odłączyć bezpieczniki w całym domu, ale ktoś, kto wyraźnie próbuje ten cyfrowy świat najpierw zrozumieć. No to pomyślałem: jadę. A skoro już zainteresowało mnie całe przedsięwzięcie, uznałem, że następnego dnia posłucham także drugiego z zaproszonych prelegentów, ks. prałata Józefa Walusiaka, mówiącego o współczesnych uzależnieniach dzieci i młodzieży. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że po pierwszym wieczorze bardziej niż telefony, TikTok czy YouTube będą mi chodzić po głowie… rodzice.

Pierwsze zaskoczenie przyszło jeszcze zanim profesor zdążył dobrze rozwinąć temat. Człowiek wchodzi do kościoła św. Macieja w Andrychowie, rozgląda się po ławkach i od razu widzi, że tłoku nie będzie. Jak na liczbę miejsc w kościele — ludzi niezbyt wielu. Pomyślałem nawet z przekąsem, że spokojnie wystarczyłaby zwykła sala lekcyjna. Taka, w której odbywa się lekcja religii. ;) A przecież o spotkaniu nie można było powiedzieć, że zostało schowane gdzieś drobnym drukiem między intencjami mszalnymi a ogłoszeniem o zbiórce makulatury. Informacje były w szkołach, były w parafiach, sam dowiedziałem się o nim w Roczynach. Prof. Andrzejczak wcześniej spotykał się też z młodzieżą i nauczycielami. Temat również nie był z tych, przy których połowa ludzi może powiedzieć: „to mnie nie dotyczy”. Dzieci, telefony, internet, media społecznościowe, rodzice — właściwie codzienność.

Siedziałem więc sobie i patrzyłem na te puste miejsca, ale wtedy jeszcze nie bardzo wiedziałem, co z nimi zrobić. Odpowiedź przyszła trochę później, kiedy prof. Andrzejczak zaczął opowiadać o różnych typach dorosłych wobec świata cyfrowego. Pojawił się między innymi pozornik — nie człowiek, który nic nie wie, bo taki byłby jeszcze do uratowania, ale ktoś, kto jest przekonany, że wie. Profesor przytoczył historię matki zapytanej, czy przyjdzie na spotkanie poświęcone tej tematyce. Odpowiedź była krótka: „Nie, Pani Dyrektor, ja już wszystko wiem”. No i wtedy, chcąc nie chcąc, człowiek znowu zerka na wolne ławki. Oczywiście byłoby bardzo wygodnie uznać, że wszyscy nieobecni to właśnie tacy pozornicy, ale aż takim prorokiem nie jestem. Ludzie mają swoje obowiązki, choroby, pracę, wnuki, ogród, telewizor, mecz i sto innych powodów, żeby wieczorem nie ruszyć się z domu. Tyle że ta myśl już została.

Tym bardziej że za chwilę prof. Andrzejczak zaczął wyciągać z kapelusza kolejne dorosłe typy: przeciwnika technologii, luzaka, nostalgika, pewniaka wierzącego w aplikacje i kontrolę rodzicielską, a na końcu jeszcze technologicznego neandertalczyka. Człowiek się uśmiechał, bo opisy były celne, czasem złośliwe, czasem bardzo zabawne. Tylko że po kilku minutach śmiech robił się odrobinę mniej pewny, bo zamiast patrzeć na innych, zaczynało się człowiekowi liczyć, ile którego z nich siedzi w nim samym. I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, że z tego spotkania nie wyjdę z prostą listą porad do odhaczenia. Raczej z kilkoma myślami, które będą się jeszcze po głowie tłukły.

I dlatego nie będę tutaj streszczał całego wykładu. Po pierwsze dlatego, że nie lubię żyć z cudzej pracy. Profesor Jakub Andrzejczak zajmuje się tym tematem od lat, prowadzi badania, rozmawia z młodzieżą, rodzicami i nauczycielami, więc byłoby trochę nie po mojemu zamknąć to wszystko na kilku stronach felietonu i jeszcze stworzyć wrażenie, że Czytelnik dostał już całą wiedzę w pigułce. Po drugie dlatego, że żadna relacja nie zastąpi spotkania z człowiekiem, który tę wiedzę budował przez lata. Wiem coś na ten temat, bo jakby nie było, sam mam jakieś tam doświadczenie z pracą naukową na UJ. Mogę natomiast opowiedzieć, które jego myśli najbardziej utkwiły mi w głowie, dlaczego jeszcze długo po wykładzie nie dawały mi spokoju i dlaczego postanowiłem tymi własnymi refleksjami podzielić się z Czytelnikami.

No to właśnie spróbujmy. Nie po kolei i nie punkt po punkcie, tylko tak, jak te myśli wracały do mnie później. Bo dobry wykład poznaje się chyba nie po tym, ile człowiek z niego przepisze do zeszytu, ale po tym, czy jeszcze dzień później coś mu chodzi po głowie, uwiera, wraca przy kawie albo każe inaczej popatrzeć na własne dzieci, wnuki, telefon leżący na stole czy te wszystkie mądre aplikacje, które podobno mają za nas pilnować porządku. A jedna z pierwszych myśli dotyczyła bardzo wygodnego przekonania, którym my, dorośli, lubimy się uspokajać: dzieci przecież świetnie radzą sobie z technologią. Wezmą telefon do ręki, coś przestawią, znajdą aplikację, zainstalują, odinstalują, połączą, wyłączą, pokażą rodzicowi, gdzie ma kliknąć. I rzeczywiście — technicznie nieraz poruszają się po tym wszystkim szybciej niż my. Tyle że z tego wcale jeszcze nie wynika, że rozumieją, dlaczego dana aplikacja działa właśnie tak, po co coś im podsuwa, czemu po jednym filmiku pojawia się następny i dlaczego tak trudno powiedzieć sobie: dobra, kończę.

Prof. Andrzejczak pokazał to na bardzo prostym przykładzie YouTube’a. Kończy się jeden film i po chwili sam uruchamia się następny. Niby drobiazg, ot funkcja programu. Tyle że ten drobiazg nie jest obojętny. Ma zatrzymać człowieka jeszcze trochę, jeszcze jeden filmik, jeszcze chwilę. Profesor pytał młodych ludzi, ilu z nich wie, że autoodtwarzanie można wyłączyć, a potem zadał podobne pytanie dorosłym. I zrobiło się jeszcze ciekawiej, bo także spora część starszych użytkowników nie miała o tym pojęcia. I wtedy człowiekowi trochę mięknie mina, bo łatwo powiedzieć: „te dzieci siedzą w telefonach”. Trudniej zapytać samego siebie, ile razy to ja pozwoliłem aplikacji zdecydować za mnie, co obejrzę dalej, ile razy kliknąłem nie dlatego, że tego szukałem, tylko dlatego, że coś zostało mi podane pod nos. Prof. Andrzejczak przywoływał badania, z których wynikało, że młodzi ludzie lepiej radzą sobie z wpływem platform wtedy, gdy wcześniej poznają stosowane przez nie mechanizmy przyciągania uwagi i oddziaływania na emocje czy zachowanie. Czyli nie samo: „nie siedź tyle”, ale również: „zobacz, co ta aplikacja robi, żebyś siedział dłużej”. I to jest już zupełnie inny rodzaj rozmowy. Nie zakaz, nie kazanie, tylko odsłonięcie mechanizmu. Tyle że znowu wracamy do dorosłych, bo żeby coś dziecku odsłonić, trzeba najpierw samemu to zobaczyć. I może dlatego pytanie nie powinno brzmieć najpierw: „czy nasze dzieci rozumieją świat cyfrowy?”, tylko: „a my go rozumiemy?”

Tu wraca też cała galeria rodziców. Jest więc ten, który najchętniej odłączyłby dziecko od technologii niemal całkowicie, bo wszystko, co cyfrowe, wydaje mu się podejrzane. Jest jego przeciwieństwo — luzak, któremu właściwie wszystko jedno, byle dziecko było zajęte i nie zawracało głowy. Jest nostalgik, który patrzy na młodych i od razu zaczyna od sakramentalnego: „Za moich czasów…”. Prof. Andrzejczak żartował z tej postawy celnie, ale zwracał uwagę, że sama nostalgia niczego nie zmienia. Można godzinami wspominać trzepaki, podwórka, rowery i gitarę, a przecież od tego dzisiejsze dziecko ani na chwilę nie przestanie żyć w swoim świecie. Jest wreszcie pewniak, czy jak kto woli technokrata, który wierzy, że wszystko da się ustawić: limit czasu, kontrola rodzicielska, lokalizacja, aplikacja, raport, blokada i sprawa załatwiona. Aplikacja może pomóc, ale wychowania nie zastąpi. Dziecko potrafi obejść zabezpieczenie, a rodzicowi zostaje błogie przekonanie, że przecież „mam to ustawione”.

No i pozornik. Mój faworyt, choć niekoniecznie w pozytywnym sensie. Ten, który nie musi się dowiadywać, bo już wie. Nie musi przyjść na spotkanie, bo wszystko ma opanowane. Nie musi pytać, bo odpowiedzi nosi w kieszeni razem z telefonem. Na końcu zostaje jeszcze neandertalczyk — człowiek technologicznie zatrzymany gdzieś między telefonem z klapką a przekonaniem, że „te internety” same kiedyś przejdą. I właśnie tutaj moja sympatia do neandertalczyka trochę rośnie. Nie dlatego, żebym nagle zatęsknił za człowiekiem, który o cyfrowym świecie swoich dzieci wie tyle, co ja o hodowli reniferów za kołem podbiegunowym, ale dlatego, że niewiedza ma jedną zaletę — można ją sobie uświadomić. Człowiek może któregoś dnia usłyszeć słowo, którego nie rozumie, zobaczyć coś, co go zdziwi, zapytać dziecko, poczytać, poszukać, przyjść na wykład. Może się nawet zawstydzić własnej niewiedzy, ale jeśli ciekawość okaże się silniejsza niż duma, to jeszcze z tego coś będzie. Gorzej z pozornikiem. Ten już nie musi szukać. On już wie. A z przekonaniem o własnej wszechwiedzy jest znacznie trudniej niż ze zwyczajną niewiedzą.

I nie ukrywam, że kiedy słuchałem o pozorniku i pewniaku, znowu zerknąłem na wolne miejsca w kościele. Oczywiście nie będę nikomu zaglądał do głowy i twierdził, że każdy nieobecny siedział w domu dlatego, że już wszystko wiedział. Byłoby to zwyczajnie głupie. Ale ta zbieżność aż się prosiła o refleksję: czy nie najtrudniej dotrzeć właśnie do tych, którzy najbardziej są przekonani, że docierać do nich nie trzeba? I dlatego, gdybym miał wybierać, z kim łatwiej zacząć rozmowę, chyba naprawdę wybrałbym neandertalczyka. Bo jego można jeszcze zaciekawić. Pozornikowi najpierw trzeba odebrać pewność, że nie ma już czego poznawać.

I tu kończy się wygodne opowiadanie o „problemach dzieci”, a zaczyna pytanie dużo mniej przyjemne dla nas, dorosłych. Bo dopóki nic się nie dzieje, łatwo powiedzieć, że wszystko jest pod kontrolą. Dziecko ma telefon, ale przecież „wie, co robi”. Ma konto, ale przecież „wszyscy mają”. Siedzi długo, ale przecież „takie czasy”. A kiedy nagle coś pęknie — pojawi się lęk, agresja, wycofanie, problemy ze snem, konflikt w szkole albo jakaś historia z internetu — wtedy zaczyna się gorączkowe szukanie psychologa, pedagoga, terapeuty. Dla dziecka, rzecz jasna. I właśnie wtedy dobrze byłoby, zanim zaczniemy to dziecko „naprawiać”, zadać sobie kilka pytań, których nikt specjalnie nie lubi. Czy ja w ogóle wiem, w jakim świecie ono funkcjonuje? Czy rozmawiałem z nim o tym wcześniej, kiedy jeszcze nie było kłopotu, czy zainteresowałem się dopiero wtedy, gdy sprawa zaczęła śmierdzieć? Czy znam ludzi, z którymi ono tam przebywa, gry, w które gra, treści, które ogląda, reguły, według których działa jego grupa? Czy tylko ustawiłem limit, włączyłem kontrolę i uznałem, że reszta zrobi się sama?

Bo może się czasem okazać, że problem nie zaczął się w dziecku. Może zaczął się dużo wcześniej, w naszej obojętności, niewiedzy, naszym „nie mam czasu”, naszym „daj spokój z tymi głupotami”, albo przeciwnie — w takim przykręcaniu śruby, że dziecko nauczyło się tylko lepiej ukrywać to, co robi. I nie chodzi mi o modne dziś obwinianie rodziców za wszystko, od krzywego zgryzu po pogodę w listopadzie. Chodzi o coś prostszego: rodzic też jest częścią układu, w którym dziecko dorasta. A skoro jest częścią układu, to czasem także on powinien coś zmienić. Dlatego trochę mnie uwiera ten odruch, że kiedy dziecko ma kłopot, to szukamy terapii wyłącznie dla niego. Czasem potrzebny jest specjalista dla dziecka, oczywiście. Ale czasem pierwszym pacjentem powinno być nasze przekonanie, że z nami wszystko jest w porządku, a problem siedzi wyłącznie po drugiej stronie drzwi dziecięcego pokoju. Jeśli przez lata nie chciałem znać świata dziecka, nie rozmawiałem z nim o tym, co tam przeżywa, a potem jestem zdziwiony, że ono nie chce mi nic powiedzieć, to może jednak nie wszystko wydarzyło się „nagle”. Może ja po prostu zauważyłem to dopiero wtedy, kiedy już było głośno.

I tu chyba dochodzimy do rzeczy, która po tym wykładzie została mi w głowie najmocniej. My, dorośli, bardzo lubimy wymagać od dziecka, żeby nauczyło się naszego świata. Ma wiedzieć, jak się zachować, kiedy mówić dzień dobry, kiedy odłożyć telefon, kiedy wstać, kiedy iść spać, co wypada, czego nie wypada, jak rozmawiać z nauczycielem, jak z babcią, jak z urzędem, jak z pracodawcą, kiedy już do tego pracodawcy dorośnie. I bardzo dobrze. Tego właśnie wychowanie między innymi służy — żeby młody człowiek umiał kiedyś wejść w świat dorosłych i nie rozbił się o pierwsze drzwi. Tyle że dziś to już nie wystarcza. Bo obok naszego świata wyrósł drugi, w którym nasze dzieci spędzają ogromną część życia. I nie chodzi nawet o to, czy nam się to podoba. Możemy się zżymać, przewracać oczami, opowiadać, że kiedyś było inaczej, ale od samego narzekania ten świat nie zniknie. Dlatego coraz bardziej jestem przekonany, że nie wystarczy nauczyć dziecko poruszać się po naszym świecie. Trzeba jeszcze samemu nauczyć się zaglądać do jego.

Nie po to, żeby od razu zachwycić się wszystkim, co tam zastaniemy, zostać kumplem od TikToka i Fortnite’a ani po to, żeby zrezygnować z własnych zasad. Chodzi o coś prostszego — żeby spróbować zrozumieć język tego świata, jego hierarchię, reguły, nagrody i kary, szanse i zagrożenia. Bo dopiero wtedy zaczynamy rozumieć, dlaczego coś, co dla nas wygląda jak błahostka, dla dziecka może być sprawą ogromnej wagi. I tu wraca myśl prof. Andrzejczaka, która porządkuje sporą część całego wykładu: „Trzeba uznać, że ten świat jest prawdziwy. Jest inny, ale jest prawdziwy”. Jeśli więc dziecko zostanie wyśmiane, wyrzucone z grupy, skompromitowane, publicznie ocenione czy zignorowane przez ludzi, na których opinii mu zależy, to nie ma wielkiego znaczenia, że wszystko wydarzyło się na ekranie. Wstyd jest prawdziwy. Strach jest prawdziwy. Poczucie odrzucenia też.

I dlatego czasem może się okazać, że kara jego świata jest dla niego groźniejsza niż kara naszego. Rodzic może zabrać telefon, zakazać wyjścia czy zrobić awanturę, a dziecko i tak bardziej boi się tego, co jutro napiszą o nim inni, czy ktoś je usunie z grupy, czy zostanie wyśmiane, czy straci pozycję wśród rówieśników. Nieważne nawet, czy ta kara jest słuszna, niesłuszna, realna czy tylko wyobrażona. Jeśli dziecko jej się boi, to właśnie ten lęk może sterować jego zachowaniem. I wtedy dorosły patrzy z boku i mówi: „Co mu odbiło?” A może nic mu nie odbiło. Może po prostu odpowiada na presję świata, którego my nie znamy. Zanim więc ocenimy reakcję, dobrze byłoby poznać środowisko, które ją wywołało. Bo może się okazać, że dziecko nie walczy z nami. Ono walczy z czymś, czego my po prostu jeszcze nie widzimy. I może właśnie dlatego czasem warto zejść z własnej wysokości, ustawić oczy mniej więcej na poziomie jego oczu i choć przez chwilę popatrzeć tam, gdzie ono patrzy.

Tu przydaje się jeszcze jedno mocne zdanie prof. Andrzejczaka: „Dzieci nie mogą szybciej dorastać”. My, dorośli, lubimy czasem mówić, że dzisiejsze dzieci dojrzewają wcześniej, bo szybciej coś zobaczą, szybciej coś usłyszą, wcześniej zetkną się z językiem, obrazami i tematami, do których nasze pokolenie dochodziło znacznie później. Tyle że wcześniejszy dostęp do treści dorosłych nie robi z dziecka małego dorosłego. Nie przyspiesza dojrzewania emocjonalnego, nie daje mu automatycznie zdolności przewidywania skutków, oceny ryzyka czy poradzenia sobie z tym, co zobaczyło. Może za to sprawić, że zetknie się z czymś, do czego zwyczajnie nie jest jeszcze przygotowane. Prof. Andrzejczak podawał tu przykłady dużo mocniejsze, chwilami naprawdę ciężkie, ale ich rozwijać nie będę. Dla mnie najważniejsza została myśl prostsza: to, że dziecko coś już widziało, nie znaczy jeszcze, że jest na to gotowe. Czasem ono wcale nie jest bardziej dorosłe. Jest tylko wcześniej wystawione na rzeczy, które dorosłość dopiero powinna nauczyć je unieść.

I chyba najbardziej praktyczna rada z całego wykładu dotyczyła czegoś bardzo zwyczajnego. Tego momentu, kiedy dziecko przybiega z telefonem i woła: „Mamo, tato, zobacz!”, pokazuje jakiegoś youtubera, grę, filmik, mem, aplikację czy coś, co dla niego właśnie jest ważne, a dorosły zerka przez pół sekundy i rzuca: „Co za głupoty”. Prof. Andrzejczak przestrzegał, że takim jednym zdaniem można sobie bardzo skutecznie zamknąć drzwi do świata dziecka. Bo jeśli za każdym razem słyszy, że to, co dla niego ważne, jest głupie, to po pewnym czasie przestaje przychodzić. Problem zaczyna się wtedy, kiedy któregoś dnia wydarzy się już nie coś śmiesznego, tylko coś naprawdę niedobrego. Ktoś je wyśmieje, zacznie nękać, szantażować, wyrzuci z grupy, podeśle coś, z czym ono sobie nie radzi. I wtedy może się okazać, że dziecko nie przyjdzie z tym do rodzica, bo wcześniej nauczyło się jednego: ten świat jest dla mamy czy taty głupi, więc nie ma sensu o nim mówić. Nie trzeba znać wszystkich gier, influencerów i aplikacji. Wystarczy czasem nie wyśmiać. Zapytać: „A co ci się w tym podoba?”, „Pokaż mi, o co chodzi”, „Dlaczego to jest dla was ważne?”. Nie po to, żeby od jutra zostać fanem wszystkiego, co dziecko ogląda, ale po to, żeby zostawić sobie otwarte drzwi.

Prof. Andrzejczak był też bardzo wyraźny w jeszcze jednej sprawie: straszenie i zakazy nie wystarczą. Można dziecku sto razy powiedzieć: nie wrzucaj, nie klikaj, nie hejtuj, nie rozmawiaj z obcymi, nie siedź tyle, nie rób tego i tamtego. Tyle że z samej listy zakazów nie powstaje jeszcze umiejętność poruszania się po świecie cyfrowym. Dziecko może wiedzieć, że coś jest „złe”, ale w chwili, kiedy naprawdę znajdzie się w trudnej sytuacji, nadal nie wiedzieć, co konkretnie ma zrobić. Prof. Andrzejczak sprowadzał to do trzech rzeczy: świadomość, wiedza i umiejętności. Najpierw młody człowiek musi wiedzieć, że pewne zagrożenie istnieje. Potem powinien rozumieć, na czym ono polega i dlaczego może być dla niego niebezpieczne. Ale na tym nie koniec. Musi jeszcze umieć zareagować: do kogo napisać, komu powiedzieć, gdzie zgłosić, jak przerwać kontakt, jak pomóc komuś innemu. To już nie jest profilaktyka oparta na strachu, tylko na przygotowaniu. I znowu wracamy do dorosłych, bo dokładnie to samo dotyczy rodzica. Samo „uważaj na internet” jest za mało, jeśli ojciec czy matka sami nie wiedzą, na co właściwie dziecko ma uważać.

I jeszcze czas. Rzecz z pozoru banalna, a przecież dotyczy czegoś, czego wszyscy mamy za mało. Książka ma ostatnią stronę. Film ma napisy końcowe. Lekcja ma dzwonek. Nawet układanie klocków kiedyś się kończy, bo albo powstanie zamek, albo zabraknie cierpliwości. Większość naszych codziennych czynności ma jakiś początek i jakiś koniec, dzięki czemu człowiek może powiedzieć: zrobiłem, skończyłem, idę dalej. A internet? Jak ujął to prof. Andrzejczak: „Nigdzie nie widać końca internetu”. Zawsze jest następny film, następny post, następny poziom, następne zdjęcie, następna wiadomość, następna rzecz, którą jeszcze warto zobaczyć. I właśnie dlatego tak łatwo z pięciu minut robi się piętnaście, z piętnastu pół godziny, a potem człowiek podnosi głowę i nie bardzo wie, gdzie mu ten wieczór wyparował. U dziecka dochodzi do tego jeszcze owo wszechobecne „może”: jeszcze piętnaście minut, bo może przejdę misję, może ktoś polubi zdjęcie, może ktoś odpisze, może wydarzy się coś śmiesznego, może pojawi się coś ważnego. Tego „może” nie da się domknąć, bo zawsze istnieje następna możliwość. A im młodszy człowiek, tym trudniej oczekiwać od niego dojrzałej samokontroli wobec narzędzi zaprojektowanych właśnie po to, żeby tej samokontroli wystawiać coraz trudniejsze próby.

I znowu łatwo byłoby powiedzieć: „No to niech odłoży telefon”. Tyle że jeśli chcemy od dziecka rozsądnie gospodarować czasem w świecie, który nie pokazuje mu żadnego naturalnego końca, samo polecenie może nie wystarczyć. Trzeba je jeszcze nauczyć, jak ten koniec sobie stworzyć. I pewnie najpierw samemu sprawdzić, czy my to potrafimy. Bo niejednemu dorosłemu też się przecież zdarza wieczorem „tylko na chwilę” zajrzeć do telefonu, a potem zorientować się, że internet znowu okazał się dłuższy od wieczoru.

Kiedy wykład się kończył, znowu spojrzałem na puste ławki. Tyle że już trochę inaczej niż na początku. Wtedy było w tym głównie zdziwienie: tyle ogłoszeń, tyle mówienia o spotkaniu, temat przecież codzienny, a ludzi niewielu. Po wykładzie dochodziła do tego jeszcze jedna myśl, dużo mniej wygodna. Może właśnie najbardziej potrzebował go ktoś, kto uznał, że nie musi na niego przychodzić. Nie dlatego, że od razu jest złym rodzicem, nie dlatego, że nie interesuje się dzieckiem i nie dlatego, że każda nieobecność świadczy o lekceważeniu problemu. Ludzie mają swoje obowiązki, zmęczenie, pracę, rodzinę, choroby i sto powodów, żeby wieczorem zostać w domu. Ale figura pozornika trafiła w coś bardzo prawdziwego: przekonanie o własnej wiedzy potrafi odciąć człowieka od wiedzy naprawdę potrzebnej. Człowiek, który wie, że nie wie, ma jeszcze szansę zapytać. Ten, który jest przekonany, że już wszystko rozumie, bardzo łatwo przestaje słuchać.

I nie będę na koniec robił z prof. Jakuba Andrzejczaka ani cudotwórcy, ani właściciela jedynej słusznej instrukcji obsługi dziecka w XXI wieku. Zresztą chyba sam by się przed czymś takim bronił. Wychowanie to nie mebel z paczki, do którego producent dołącza sześć śrubek, dwa kołki i obrazkową instrukcję. Każde dziecko jest inne, każdy dom jest inny, każdy rodzic ma własne doświadczenia, błędy, lęki i przyzwyczajenia. Ale są ludzie, których warto posłuchać nie dlatego, że dają gotową odpowiedź na każde pytanie, tylko dlatego, że potrafią zmusić człowieka do postawienia sobie pytań, których wcześniej wolał nie zadawać. I mnie właśnie to po tym wykładzie zostało. Nie wyszedłem z kościoła z receptą na wychowanie dziecka w świecie cyfrowym. Wyszedłem za to z kilkoma myślami, które dalej mi się po głowie tłuką: czy my, dorośli, naprawdę znamy świat swoich dzieci? Czy tylko próbujemy go kontrolować? Czy kiedy dziecko coś pokazuje, próbujemy zrozumieć, czy od razu wiemy lepiej? Czy uczymy je tylko naszego świata, czy sami jesteśmy gotowi wejść choć kawałek w jego? Czy potrafimy przyznać, że czegoś nie wiemy? I wreszcie — kiedy pojawia się problem, czy pierwszym odruchem jest szukanie winy w dziecku, czy jednak także spojrzenie na siebie?

Dlatego jeśli ktoś będzie miał okazję prof. Andrzejczaka posłuchać, zachęcam — warto. Najlepiej na żywo, jeśli akurat pojawi się gdzieś w pobliżu. A jeśli nie, warto poszukać jego materiałów w internecie. Nie po to, żeby po godzinie stać się ekspertem od cyfrowego dzieciństwa, ale po to, żeby może przestać nim być we własnym przekonaniu. Bo jeśli po przeczytaniu tego pitolenia ktoś pomyśli: „Eee, ja to wszystko wiem”, to być może właśnie on powinien prof. Andrzejczaka posłuchać jako pierwszy.

Zbigniew Grzyb

Z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄

Prof. Jakub Andrzejczak

jest kierownikiem Zakładu Socjologii Wychowania Wielkopolskiej Akademii Społeczno-Ekonomicznej, doktorem nauk humanistycznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz członkiem Pracowni Profilaktyki, Resocjalizacji i Readaptacji Społecznej.

Od lat zajmuje się wpływem technologii cyfrowych na społeczeństwo, szczególnie na socjalizację i edukację dzieci i młodzieży. Od 2009 roku kierował ponad 40 lokalnymi i międzynarodowymi projektami badawczymi. Jest autorem badań i programów profilaktycznych dotyczących funkcjonowania dzieci i młodzieży w świecie cyfrowym oraz prowadzi szkolenia dla nauczycieli, pedagogów, psychologów, pracowników instytucji pomocowych i rodziców.

Jest również konsultantem scenarzystów serialowych i teatralnych w zakresie profilaktyki zagrożeń cyfrowych, a w 2023 roku doradzał komisjom sejmowym w kwestiach bezpieczeństwa cyfrowego dzieci i młodzieży. W 2022 roku został Nauczycielem Akademickim Roku w Wielkopolsce.

Kontakt z profesorem poprzez stronę:  andrzejczakszkolenia.pl