Pamiętacie słowa śp. Kornela Morawieckiego, wypowiedziane z sejmowej mównicy?
„Jeżeli prawo nie służy narodowi, jest bezprawiem”.
Warto dzisiaj zatrzymać się przy tych słowach i zastanowić, co właściwie znaczy prawo. Po co je stworzono i komu miało służyć.
Zanim człowiek nauczył się pisać kodeksy, miał zwyczaj, obyczaj i pamięć starszych. Wspólnota musiała przecież jakoś funkcjonować. Musiała wiedzieć, co wolno, czego nie wolno, co należy do jednego człowieka, a co do drugiego. Musiała rozstrzygać spory, chronić życie, rodzinę i własność.Najpierw było więc słowo, zwyczaj i pamięć. Dopiero później pojawiła się potrzeba zapisania zasad.
Jedne z najstarszych znanych zbiorów praw, jak kodeks Ur-Nammu czy późniejszy kodeks Hammurabiego, pokazują coś niezwykle ważnego. Człowiek od tysięcy lat próbował zamienić samowolę w regułę.
Prawo miało sprawić, żeby nie musiał żyć w strachu przed silniejszym.
Kiedy w starożytnym Rzymie powstało Prawo XII Tablic, samo publiczne zapisanie reguł miało ogromne znaczenie. Prawo przestawało być wyłącznie wiedzą dostępną określonej grupie. Stawało się czymś, do czego można było się odwołać.
I właśnie tutaj zaczyna się historia, o której dzisiaj zapomniano.
Prawo miało ograniczać władzę.
Miało wyznaczać granicę silniejszemu. Miało chronić słabszego. Miało powiedzieć władcy, urzędnikowi i każdemu, kto posiada przewagę nad drugim człowiekiem: są rzeczy, których nie wolno ci zrobić.
Przez wieki rozwijała się więc idea, że także władza musi podlegać regułom. Pojawiła się koncepcja podziału władz, niezależnych sądów, gwarancji procesowych i ochrony praw jednostki.
Sens tego wszystkiego był prosty.
Człowiek miał być bezpieczniejszy wobec państwa.
A dzisiaj?
Czasami można odnieść wrażenie, że przeszliśmy drogę w przeciwnym kierunku.
Prawo rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów. Ustawy, rozporządzenia, procedury, terminy, wyjątki, odwołania, interpretacje. Człowiek, który nie jest prawnikiem, coraz częściej nie jest w stanie samodzielnie zrozumieć tego świata. A czasami nawet prawnik zaczyna gubić się w jego zawiłościach.
I właśnie tutaj pojawia się problem.
Bo jeżeli obywatel nie rozumie prawa, a druga strona zna je doskonale, powstaje ogromna przewaga.
Prawo zamiast tarczą może stać się narzędziem nacisku i wielu to wykorzystuje.
Nie mówię oczywiście o wszystkich prawnikach. Byłoby to zwyczajnie niesprawiedliwe.
Są prawnicy uczciwi, rzetelni i przyzwoici. Są adwokaci, radcowie prawni i sędziowie, którzy naprawdę traktują swój zawód jako służbę prawu i człowiekowi. Mówię o patologii. Bo jest też część środowiska prawniczego, która poszła złą drogą. I o tej części trzeba mówić otwarcie.
Bo kiedy prawnik przestaje widzieć po drugiej stronie człowieka, a zaczyna widzieć wyłącznie „sprawę”, „klienta”, „należność”, „wynagrodzenie” czy kolejną możliwość wykorzystania procedury, wtedy ginie coś fundamentalnego.
Zawód, który miał służyć prawu, zaczyna służyć interesowi.
A prawo, które miało chronić człowieka, może zostać wykorzystane przeciwko niemu.
Czy to jeszcze jest wykonywanie prawa, czy już żerowanie na niewiedzy innego człowieka?
Prawo nie może działać tak, że ten, kto zna więcej paragrafów, automatycznie staje się silniejszy od tego, którego te paragrafy powinny chronić.
A potem przychodzi sąd.
Konstytucja daje sądom szczególną pozycję. Sądy i trybunały są odrębną i niezależną władzą, a sędziowie są niezawiśli i podlegają Konstytucji oraz ustawom. Ich niezależność jest jednym z fundamentów państwa prawa.
I bardzo dobrze.
Tyle że przywilej ma sens tylko wtedy, gdy idzie za nim odpowiedzialność i uczciwość.
Niezawisłość nie może oznaczać poczucia wyższości.
i bezkarności.
Im większa władza człowieka nad losem drugiego człowieka, tym większa powinna być odpowiedzialność za sposób jej wykonywania.
Dlatego tak niebezpieczna jest każda sytuacja, w której część środowiska prawniczego zaczyna traktować zwykłych obywateli jak ludzi gorszej kategorii.
Wtedy pojawia się kastowość.
Nie chodzi przecież o samą togę, urząd czy zawód. Chodzi o mentalną barierę, która może powstać między człowiekiem w todze a człowiekiem stojącym przed nim.
Między „nami” a „nimi”.
Między tymi, którzy znają paragrafy, a tymi, których te paragrafy dotyczą.
I właśnie wtedy pojawia się najgroźniejsze wypaczenie prawa.
Prawo zaczyna być dla swoich, a przeciwko pozostałym.
A przecież miało być dokładnie odwrotnie.
Miało mówić państwu: „Istnieją granice”.
Miało mówić obywatelowi: „Masz prawa”.
Tymczasem współczesny człowiek coraz częściej słyszy coś zupełnie innego:
„Znajdź sobie prawnika”.
A więc żeby zrozumieć własne prawa, musi wynająć człowieka, który zna język prawa.
I tak powstaje zamknięty krąg.
Prawo, które miało być powszechne i dostępne, staje się dla wielu ludzi labiryntem, przez który można przejść dopiero z przewodnikiem.
Prawo nie narodziło się po to, żeby stworzyć kastę ludzi stojących ponad społeczeństwem. Nie po to, żeby zrobić z obywatela wiecznego petenta. Nie po to, żeby procedura stała się ważniejsza od człowieka.
I nie po to, żeby polityk mógł zrzucać odpowiedzialność za swoje decyzje na prawników, zasłaniając się kolejną interpretacją.
Tutaj historia prawa spotyka się ze współczesnością.
Kiedy prawo staje się narzędziem walki politycznej, kiedy każda decyzja zostaje natychmiast obudowana prawniczymi interpretacjami, a obywatel słyszy dziesiątki różnych wersji tego, co wolno, a czego nie wolno, zaczyna tracić coś fundamentalnego.
Zaufanie do państwa.
A państwo bez zaufania obywateli może mieć tysiące ustaw, setki sądów i rzesze prawników.
Może mieć wszystko.
Tylko coraz trudniej będzie mu mieć to, co najważniejsze.
Poczucie sprawiedliwości.
Bo na końcu całej tej historii trzeba wrócić do początku.
Do człowieka.
To dla niego wymyślono prawo.
Nie dla paragrafu.
Nie dla kancelarii.
Nie dla urzędu.
Nie dla sądu.
Nie dla prawniczego ego.
Dla człowieka.
Prawo miało być tarczą.
Nie pałką.
Nie labiryntem.
Nie narzędziem nacisku.
Nie maszynką do zarabiania pieniędzy na cudzej niewiedzy.
Dlatego każdy, kto zawodowo posługuje się prawem, powinien od czasu do czasu zadać sobie bardzo proste pytanie:
Czy jeszcze służę prawu, czy coraz częściej wykorzystuję prawo po to, żeby służyło mnie?
Bo właśnie od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy prawo nadal będzie tarczą człowieka, czy stanie się kolejnym narzędziem w rękach silniejszych.
A wtedy słowa Kornela Morawieckiego wracają z całą swoją mocą:
Jeżeli prawo nie służy narodowi, jest bezprawiem.
Zostaw komentarz