Szczerze powiedziawszy myślałem, że spory, które już 20 lat temu uważałem za wyraz skostnienia intelektualnego na tzw. „ideowej prawicy”, odchodzą stopniowo do lamusa. Było to, jak widać, naiwne złudzenie, bo przy okazji obchodów historycznych na nowo rozgorzał spór pomiędzy, wydawałoby się, poważnymi publicystami. Jedni chcą politycznie <kanonizować> monarchię, inni ją diabolizują i piszą o „fatalnym ustroju”.
Z czym mi się takie połajanki kojarzą? Porównałbym je do zażartej dyskusji na temat… transportu konnego. Wyobraźmy sobie ludzi, którzy dzisiaj, w XXI wieku, dyskutują o wyższości owego transportu nad rozwiązaniami opartymi na silnikach mechanicznych. Słusznie uznalibyśmy ich za dziwaków i słusznie za takowych w dziedzinie idei politycznych uchodzą współcześni zwolennicy realnej monarchii.
Podobnie wielkimi dziwakami byliby jednak również ich oponenci, którzy transport konny, czy szerzej, oparty na zwierzętach, służący ludzkości przez parę tysięcy lat jako podstawowy mechanizm przemieszczania się inaczej niż na własnych nogach, potępialiby w czambuł, jako z natury zły, fatalny. Problem polega bowiem na tym, że przez długi czas innej opcji by ułatwić albo przyspieszyć przewóz ludzi i ładunków po prostu nie było.
Bardzo podobnie rzecz ma się z monarchią. Przez większą część istnienia historii człowieka nie było dla niej żadnej, sensownej alternatywy. Nie dlatego, że nikt jej nie wymyślił. Założyciele Europy, starożytni Grecy, wypracowali w swoich polis różne systemy. Pokusili się nawet o ateński eksperyment demokratyczny.
Ich sposób życia w małych lub bardzo małych wspólnotach politycznych (Ateny były jedynym w zasadzie wyjątkiem polis o dużej liczbie ludności), opartych o rolników-wojowników, okazał się jednak nie do zastosowania w innych okolicznościach. Elementy specyficznej demokracji plemiennej mogły zaś funkcjonować wyłącznie tam, gdzie stosunki społeczne i gospodarcze pozostawały na bardzo niskim poziomie rozwoju i geograficznej bliskości.
Monarchia jako system, w którym trzeba było zarządzać rozległymi, niemogącymi się na bieżąco w skali masowej komunikować, a przez to tworzyć wspólnoty politycznej, obszarami, nie miała poważnej konkurencji aż do czasów nowożytnych. W czasach nowożytnych nastąpił zaś moment, którego większość tzw. ideowej prawicy zupełnie nie zrozumiała i od ponad 200 lat odtwarza te same, jałowe, rytualne spory ideologiczne, mające nikły związek z rzeczywistością.
Jedni gloryfikują a inni diabolizują XVII i XVIII-wieczne rewolucje polityczne: angielską, amerykańską i francuską. Nie rozumiejąc, że były one dużo bardziej skutkiem doniosłych zmian społecznych niż jakąkolwiek przyczyną. Dlaczego parlamentaryzm i demokracja stały się poważnymi alternatywami dla monarchii w czasach nowożytnych a następnie niemal całkowicie ją zastąpiły? Bo nastąpił przełom komunikacyjny.
Największymi rewolucjonistami nie byli Luter, Locke, Rousseau czy im podobni filozofowie, myśliciele, publicyści. Zmianę społeczną umożliwił skromny rzemieślnik Jan Gutenberg, który w połowie XV wieku wynalazł druk. Dzięki niemu nastąpiła eksplozja debaty publicznej toczonej za pomocą gazet, broszur i książek. Eksplozja czytelnictwa i związanej z nim dyskusji, która radykalnie odmieniła strukturę rzeczywistości politycznej. Oczywiście trwało to z dzisiejszej perspektywy długo, czasami dziesiątki a najczęściej setki lat, ale przyniosło nieodwracalną zmianę.
Wspólnota świadomości politycznej uległa radykalnemu rozszerzeniu poza dotychczasowy, wąski krąg dworu, wyższych warstw arystokracji i kleru. Debata stawała się coraz bardziej masowa a wraz z nią kolejne grupy społeczne upominały się o głos i udział we władzy politycznej. Ścinanie koronowanych głów było jednym z finalnych, a nie początkowych, jak się powszechnie uważa, etapów tego procesu.
Dlatego współczesne spory ideologicznne na linii monarchizm-antymonarchizm są tak absurdalne. Szaleństwem jest bowiem atakować monarchię jako taką; przez tysiące lat nie było dla niej poważnej alternatywy w systemie komunikacji społecznej opartym na fizycznym kontakcie. Równym szaleństwem jest jednak utrzymywać, że po radykalnej zmianie stosunków społecznych w ostatnich stuleciach pozostaje ona równie adekwatnym rozwiązaniem, jak w czasach sprzed Gutenberga.
Takie debaty, toczone wokół wydarzeń z XVIII czy XIX wieku, są dziś podwójnie archaiczne. Po pierwsze, bo historia kwestię monarchii po prostu rozstrzygnęła. Pomijając bardzo małe czy bardzo egzotyczne przypadki, monarchia realna (systemy zachodnie posiadające króla są monarchiami de facto wyłącznie dekoracyjnymi, symbolicznymi) występuje bardzo rzadko, reliktowo. Ma też we współczesnym świecie dwa, główne filary; ropę i gaz w przypadku arabskich królestw Zatoki Perskiej oraz komunistyczną dyktaturę w Korei Północnej. Gdzie indziej realnej monarchii w liczących się państwach po prostu nie ma.
Po drugie, bo przeminęła już dawno nie tylko epoka monarchiczna ale przemijać zaczyna nawet epoka demokratyczna. Z bardzo podobnych zresztą powodów. Książki i gazety, a w pierwszych dekadach swojego istnienia również radio i telewizja, umożliwiły powstanie masowej wspólnoty politycznej. Powstanie nowoczesnego, demokratycznego narodu. Który obecnie gwałtownie się zmienia. Internet, rozproszenie mediów tradycyjnych, a przede wszystkim media społecznościowe zapoczątkowały bowiem błyskawiczny proces odwrotny – rozpadu wspólnoty na konkurencyjne, śmiertelnie zwaśnione plemiona polit-medialne.
Mamy więc na tzw. „ideowej prawicy” zażarte dyskusje o tym czy lepiej jest jeździć na koniu czy samochodem, podczas gdy ludzkość przesiada się do helikopterów i samolotów. Prawica bowiem kocha kłócić się na temat swoich skostniałych, symbolicznych wyobrażeń o rzeczywistości społeczno-politycznej, a nie na temat jej realnej dynamiki i struktury..
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz