Coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy w debacie o bezpieczeństwie nie skupiamy się tak mocno na Rosji, że przestajemy zauważać inne zjawiska, które też mogą mieć znaczenie dla przyszłości Polski.
Zacznijmy od faktów, których nie wolno zapominać ani relatywizować.
W latach 1943–1945 ukraińscy nacjonaliści z OUN-B i UPA dokonali masowych mordów na polskiej ludności Wołynia i Galicji Wschodniej. Ginęły całe rodziny – kobiety, dzieci, starcy – tylko dlatego, że byli Polakami. Pamięć o tych ofiarach nie może być przedmiotem politycznych targów. Odpowiedzialność za zbrodnie nie może być rozmywana.
A dziś?
Władze obwodu lwowskiego postanowiły uczynić 2027 rok rokiem UPA, Romana Szuchewycza i Ołeha Olżycza. Polskie władze zareagowały – i dobrze. Ale sam fakt, że taka uchwała w ogóle mogła zostać przyjęta, powinien skłaniać do poważnej refleksji.
Dlaczego wciąż musimy tłumaczyć, że dobre relacje z Polską wymagają też szacunku dla polskich ofiar i sprzeciwu wobec gloryfikowania formacji odpowiedzialnych za zbrodnie?
Słyszymy: „Nie wszyscy Ukraińcy są banderowcami”. Oczywiście, że nie. Tak samo nie wszyscy Rosjanie popierają wojnę. Czy to jednak zwalnia nas z oceny działań Kremla? Nie. Dlaczego więc mielibyśmy stosować inne miary wobec zjawisk występujących w Ukrainie?
Nie wolno obciążać całego narodu poglądami radykalnych środowisk. Ale nie wolno też udawać, że problem nie istnieje, gdy określone symbole i postacie są publicznie gloryfikowane.
I tu dochodzimy do sedna: bezpieczeństwa Polski.
Państwo można osłabiać nie tylko czołgami. Można to robić dezinformacją, podsycaniem konfliktów, wykorzystywaniem historycznych urazów, wpływaniem na debatę publiczną i niszczeniem zaufania do instytucji. Można pogłębiać podziały i osłabiać odporność społeczeństwa. Takie działania nie wymagają wypowiedzenia wojny.
Nie twierdzę, że istnieje ukraiński plan podboju Polski. Takiego zarzutu nie wolno stawiać bez dowodów. Uważam jednak, że polskie państwo powinno analizować wszystkie zjawiska mogące wpływać na nasze bezpieczeństwo – niezależnie od tego, skąd pochodzą.
Rosyjskie działania hybrydowe są realnym zagrożeniem. Równie poważnie należy traktować możliwość wykorzystywania skrajnego nacjonalizmu, sporów historycznych i napięć społecznych do destabilizowania naszego kraju. Nie można przy tym automatycznie przypisywać wszystkiemu jednego organizatora.
Jest też drugi temat, o którym musimy mówić odpowiedzialnie: polityka migracyjna i zakres uprawnień przyznawanych cudzoziemcom.
Nie chodzi o odbieranie komukolwiek godności. Chodzi o to, czy państwo sprawuje skuteczną kontrolę nad migracją, zna jej skalę i charakter, egzekwuje prawo i prowadzi rozsądną politykę integracyjną.
Otwartość nie może oznaczać braku zasad. Pomoc nie może oznaczać rezygnacji z odpowiedzialności. Prawa muszą iść w parze z obowiązkami. Bezpieczeństwo obywateli pozostaje jednym z najważniejszych obowiązków państwa.
Nie ma podstaw, by uznawać sam fakt przyznawania cudzoziemcom praw za element celowego planu osłabienia Polski. Są natomiast podstawy, by pytać o konsekwencje konkretnych rozwiązań – ich koszty, skuteczność kontroli i wpływ na spójność społeczną.
Polska nie może być zakładnikiem fałszywej alternatywy: albo sprzeciw wobec Rosji, albo sprzeciw wobec banderyzmu. Tak samo nie powinniśmy być zmuszani do wyboru między poszanowaniem praw człowieka a bezpieczeństwem własnego państwa.
Możemy wspierać niepodległość Ukrainy i jednocześnie oczekiwać szacunku dla polskich ofiar.
Możemy współpracować z sąsiadami, nie akceptując każdej decyzji ich władz.
Możemy szanować cudzoziemców i jednocześnie wymagać skutecznej kontroli migracji oraz przestrzegania polskiego prawa.
Dlatego mam pytania do polskich władz:
Czy mamy długofalową strategię reagowania na gloryfikowanie skrajnego nacjonalizmu?
Czy analizujemy nie tylko zagrożenia militarne, lecz także próby wpływania na nasze społeczeństwo i osłabiania jego spójności?
Czy polityka migracyjna opiera się na rzetelnej ocenie skutków?
Czy potrafimy wyciągać konsekwencje z niepokojących zjawisk, zanim staną się poważniejszym problemem?
Nie wystarczy reagować oburzeniem po kolejnej kontrowersyjnej uchwale. Potrzebujemy konkretnych działań, przejrzystych zasad i rozliczania polityków z rezultatów.
Nie chcę wrogości wobec Rosjan, Ukraińców ani innych narodów. Chcę, by Polska była państwem rozsądnym, przewidującym i świadomym własnej historii. Państwem, które nie szuka wrogów, ale też nie zamyka oczu na zagrożenia.
Historia uczy, jak straszliwą cenę płacą zwykli ludzie, kiedy politycy lekceważą ideologie oparte na nienawiści, a państwa zbyt późno dostrzegają konsekwencje własnych decyzji.
Nie czekajmy, aż zagrożenie przybierze postać czołgów. Ale też nie ogłaszajmy zagrożenia tam, gdzie nie mamy dowodów.
Wymagajmy od władz odpowiedzialności, przewidywania i konsekwencji. Bo patriotyzm nie polega na straszeniu obcymi. Polega na tym, by troszczyć się o własny kraj na tyle poważnie, żeby nie bać się zadawać trudnych pytań – również własnym władzom.
Bezpieczeństwo Polski nie powinno być ani przedmiotem propagandy, ani zakładnikiem politycznej poprawności.
Powinno być przedmiotem odpowiedzialnej polityki państwa.
Polska nie ma przyjaciół ani wrogów. Polska ma wszędzie swoje interesy!
Zostaw komentarz