Są piosenki, które słucha się uszami. Są też takie, które trzeba przesłuchać drugi raz, kiedy już opadnie landrynkowa poświata, a z głowy wyparuje rytm, przy którym można radośnie tupać nóżką. „Szampan” Sanah należy, przynajmniej dla mnie, do tej drugiej kategorii.

Nie twierdzę, że wiem, co autorka miała na myśli. Nie mam dostępu do jej głowy ani nie zamierzam udawać, że posiadłem klucz do jedynej słusznej interpretacji. Mam za to swoje lata, trochę życiowych obserwacji i wystarczająco dużo doświadczenia, żeby wiedzieć, że rzeczywistość rzadko bywa tak słodka, jak jej opakowanie.

A opakowanie jest tutaj znakomite. Młoda dziewczyna, wdzięk, szampan, uśmiechy, kokieteria. Wszystko skąpane w kolorach cukierni w której nikt przecież nie sprzedaje trucizny. Publiczność dostaje przebój, teledysk dostarcza obrazków, radio robi swoje. Można nucić, można się bawić, można nawet nie zastanawiać się, o czym właściwie jest ta piosenka.

I właśnie wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Bo co, jeśli „Szampan” nie jest opowieścią o sukcesie, lecz o jego cenie? Co, jeśli pod warstwą popowej beztroski kryje się historia kobiety, która robi rzeczy wbrew sobie, ponieważ uwierzyła, że inaczej nie dotrze tam, dokąd zmierza?

Nie mówię wyłącznie o seksie za karierę, choć taki trop również można odnaleźć w tej interpretacji. Mówię o świecie, w którym młodość, uroda, ciało, emocje i posłuszeństwo stają się walutą. O świecie, w którym ktoś obiecuje szansę, a w zamian oczekuje czegoś, czego nie znajdziemy w żadnym oficjalnym kontrakcie. Czasem wystarczy sugestia. Czasem spojrzenie. Czasem świadomość, że odmowa może kosztować więcej niż zgoda.

I nie trzeba nikogo przyciskać do ściany. Wystarczy stworzyć sytuację, w której człowiek sam zaczyna przekraczać własne granice, bo wmówiono mu, że to jedyna droga do celu.

Potem przychodzi szampan.

Nie musi być dosłownie alkoholem wypijanym po trudnym wieczorze. Może być symbolem całego arsenału środków, za pomocą których zagłuszamy własne sumienie, zmęczenie i upokorzenie. Jedni sięgają po alkohol, inni po narkotyki, jeszcze inni po kolejne dawki adrenaliny, podziwu i społecznej akceptacji. Są też tacy, którzy uzależniają się od samego sukcesu. Od potrzeby, żeby jeszcze raz usłyszeć, że są wyjątkowi, piękni, zdolni, potrzebni.

Mechanizm pozostaje podobny: najpierw coś ma pomóc nam przetrwać, później pozwala zapomnieć, a w końcu staje się kolejną rzeczą, bez której nie potrafimy funkcjonować.

Dlatego obok „Szampana” stawiam sobie „Herę, kokę, hasz, LSD”. Nie dlatego, że te piosenki opowiadają o tym samym. Łączy je dla mnie coś innego: możliwość usłyszenia pod atrakcyjną formą historii o człowieku, który stopniowo traci kontrolę nad własnym życiem. W jednym przypadku destrukcja może być widoczna i niemal ostentacyjna. W drugim da się ją ukryć pod makijażem sukcesu, uśmiechem i odpowiednio dobraną sukienką.

Narkotyk nie zawsze przychodzi w proszku, tabletce czy butelce. Raz ma twarz człowieka, od którego uzależniamy własną wartość, a czasem nazywa się karierą. Bywa też obietnicą, że już za chwilę będziemy kimś, kogo nie wolno lekceważyć.

A kiedy wreszcie osiągamy to, o czym marzyliśmy, może się okazać, że nie bardzo wiemy, kim jesteśmy bez kolejnej dawki uznania.

Najbardziej żal mi w tym wszystkim kobiet.

Nie dlatego, że są słabe, naiwne czy niezdolne do podejmowania własnych decyzji. To byłoby wygodne wyjaśnienie, zwalniające z myślenia wszystkich tych, którzy korzystają z cudzej słabości. Żal mi ich dlatego, że młodość i uroda potrafią być jednocześnie kapitałem i pułapką. Świat zachęca młodą kobietę, żeby była atrakcyjna, przebojowa, pożądana i skuteczna, a potem potrafi wystawić jej rachunek za każdą z tych cech.

Najpierw słyszy, że jest wyjątkowa. Potem dowiaduje się, że wyjątkowość ma swoją cenę. Jeszcze później zaczyna wierzyć, że musi tę cenę płacić, bo przecież tyle już poświęciła.

I tak człowiek wpada w uzależnienie, które z zewnątrz może wyglądać jak sukces.

Nie chcę przy tym udawać, że kobiety są wyłącznie ofiarami, a mężczyźni wyłącznie sprawcami. Ludzie bywają skomplikowani, relacje jeszcze bardziej. Ale nie zamierzam też udawać ślepego, kiedy widzę, że w świecie pieniędzy, sławy i wpływów jedna strona często ma znacznie więcej do zaoferowania, a druga znacznie więcej do stracenia. Nierówność sił potrafi sprawić, że formalna zgoda nie mówi nam jeszcze wszystkiego o rzeczywistej wolności człowieka.

I właśnie dlatego nie umiem słuchać „Szampana” wyłącznie jako niewinnej piosenki o drodze do sukcesu.

W mojej interpretacji pod landrynkową warstwą kryje się drugi obraz. Dziewczyna, która uśmiecha się, bo tak wypada. Przyjmuje komplement, choć niekoniecznie ma ochotę go słuchać. Wznosi toast, choć być może wolałaby znaleźć się gdzie indziej. A potem idzie dalej, bo przecież nie można się zatrzymać. Trzeba wykorzystać szansę, nie zmarnować okazji, udowodnić sobie i światu, że było warto.

Tyle że nie zawsze jest warto.

Teledysk może być tylko kolorowym opakowaniem. Piosenka może być po prostu przebojem. Nie mam zamiaru ogłaszać własnego odczytania prawdą objawioną. Ale wiem, że życie często wygląda właśnie tak: na zewnątrz sukces, wewnątrz rachunek, którego nikt nie chce wystawić na światło dzienne.

I może dlatego najbardziej gorzkie w tej historii nie jest nawet to, co człowiek robi dla kariery. Najgorsze jest to, że z czasem przestaje pytać, czy nadal chce to robić. Zaczyna pytać tylko, czy stać go na to, żeby przestać.

Bo szampan się kończy. Narkotyk przestaje działać. Mężczyzna, dla którego warto było przekraczać własne granice, odchodzi albo znajduje sobie kogoś młodszego. Świat, który obiecywał wieczność, natychmiast zajmuje się kolejną twarzą.

A człowiek zostaje sam ze sobą.

Bez oklasków i komplementów, bez następnej dawki.

I wtedy może się okazać, że całe to wspaniałe życie było jedynie bardzo kosztownym sposobem uciekania od własnego bólu.

Nie wiem, czy Sanah chciała opowiedzieć taką historię. Wiem natomiast, że ja potrafię ją w tej piosence usłyszeć.

A kiedy słyszę ją w ten sposób, przestaję się uśmiechać.

Bo za każdym razem, gdy widzę młodego człowieka, który niszczy siebie w imię sukcesu, myślę o jednym: ile jeszcze trzeba będzie wypić, zażyć, poświęcić i udawać, zanim zrozumie, że nie każda cena jest warta zapłacenia i że nie wszystko, co błyszczy, jest sukcesem?

Czasem to tylko kolorowy papierek od cukierka, którego nadzienie jest gorzkie.