Filipiny mówią wprost o rosyjskiej agresji. W komunikatach po wizytach Donalda Tuska w Indiach i Wietnamie Moskwa nie pada z nazwy. Przypadek? Dyplomatyczna konieczność? A może cena politycznego pragmatyzmu, która powinna niepokoić Polaków?
W dyplomacji każde słowo ma znaczenie. Równie istotne jest jednak to, czego w oficjalnych dokumentach zabrakło. Zwłaszcza gdy chodzi o wojnę, która od lat zmienia architekturę bezpieczeństwa Europy, a jej konsekwencje wykraczają daleko poza granice Ukrainy. Dlatego porównanie komunikatów towarzyszących wizytom polskich przywódców w Azji i na Pacyfiku rodzi pytania, których nie powinno się zbywać wzruszeniem ramion.
W jednym dokumencie pada jednoznaczne wskazanie rosyjskiego agresora. W innych pojawiają się ogólne formuły o wojnie, pokoju, suwerenności i integralności terytorialnej, ale bez wymienienia Rosji. To różnica nie tylko stylistyczna. To różnica w sposobie komunikowania odpowiedzialności za konflikt.
Czy Polska mówi jednym głosem w sprawie rosyjskiej agresji? Czy też jej stanowisko staje się bardziej ostrożne, gdy w grę wchodzą relacje z państwami, które nie chcą jednoznacznie opowiedzieć się po jednej ze stron geopolitycznego sporu?
Manila: Rosyjski agresor nazwany po imieniu
Podczas wizyty prezydenta RP na Filipinach język oficjalnego wspólnego oświadczenia nie pozostawiał wątpliwości co do tego, kto rozpoczął pełnoskalową inwazję na Ukrainę.
W punkcie 22. dokumentu znalazło się jednoznaczne odniesienie do „trwającej rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie” oraz „pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę”. Obie strony potwierdziły poparcie dla suwerenności, niepodległości, jedności i integralności terytorialnej Ukrainy w jej uznanych międzynarodowo granicach.
To język konkretny. Nie ma w nim ucieczki w abstrakcję ani rozmywania odpowiedzialności w bezosobowych sformułowaniach. Jest agresor, jest ofiara agresji i jest stanowisko odnoszące się do podstawowych zasad prawa międzynarodowego.
Nie chodzi wyłącznie o retoryczną stanowczość. Nazywanie rzeczy po imieniu ma znaczenie polityczne, szczególnie w czasach, gdy Rosja próbuje przedstawiać swoją wojnę jako konflikt o niejasnych przyczynach i rozmytej odpowiedzialności.
Jeżeli państwo chce bronić międzynarodowego porządku opartego na prawie, powinno jasno wskazywać, kto ten porządek narusza.
W Manili taki przekaz wybrzmiał bez niedomówień.
Delhi: Wojna trwa, ale odpowiedzialność znika z pierwszego planu
Zupełnie inny obraz wyłania się z komunikatu po spotkaniu premiera Donalda Tuska z przedstawicielami Indii.
Dokument mówi o „wojnie szalejącej w Ukrainie” (the war raging in Ukraine), jej tragicznych konsekwencjach humanitarnych oraz potrzebie osiągnięcia kompleksowego, sprawiedliwego i trwałego pokoju. Nie pada jednak nazwa Rosji.
Oczywiście, samo użycie takiej formuły nie oznacza poparcia dla Kremla ani zmiany polskiego stanowiska wobec agresji. W dyplomacji liczy się również kontekst rozmów, interesy partnerów i możliwość osiągnięcia konkretnych rezultatów.
Ale właśnie dlatego warto stawiać pytania.
Dlaczego w jednym oficjalnym dokumencie można jednoznacznie wskazać rosyjską inwazję, a w innym ograniczyć się do opisu wojny bez wskazania agresora? Czy jest to świadomie przyjęta taktyka negocjacyjna? Czy rezultat uzgodnień z partnerem, który nie chce używać ostrzejszego języka wobec Moskwy? A może po prostu cena, jaką Warszawa jest gotowa zapłacić za utrzymanie dobrych relacji z New Delhi?
Bez dodatkowych informacji nie można przesądzić, co zdecydowało o takim brzmieniu dokumentu. Można jednak ocenić jego wymowę: odbiorca otrzymuje komunikat o wojnie i potrzebie pokoju, ale nie dostaje równie jednoznacznego wskazania odpowiedzialności Rosji, jakie znalazło się w oświadczeniu filipińskim.
To nie jest drobiazg, jeśli mówimy o państwie, które samo uważa rosyjskie zagrożenie za jeden z najważniejszych problemów swojego bezpieczeństwa.
Hanoi: Pokój bez słowa „wojna”
Jeszcze bardziej uderzające jest brzmienie punktu 19. ustaleń po wizycie Donalda Tuska w Wietnamie.
W przytoczonym fragmencie nie pojawia się nawet słowo „wojna”. Mowa jest o potrzebie ustanowienia kompleksowego, sprawiedliwego i trwałego pokoju w Ukrainie zgodnie z prawem międzynarodowym oraz zasadami Karty Narodów Zjednoczonych. Wśród tych zasad wymieniono między innymi powstrzymanie się od użycia siły lub groźby jej użycia oraz poszanowanie suwerenności i integralności terytorialnej wszystkich państw.
Brzmi poprawnie. Jest uniwersalnie. Jest dyplomatycznie bezpiecznie.
Ale gdzie w tym wszystkim znajduje się Rosja, która rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę?
W analizowanym fragmencie jej nazwa nie pada ani razu. Nie ma też bezpośredniego określenia rosyjskiej agresji.
To właśnie tutaj ujawnia się zasadniczy problem języka dyplomacji: uniwersalne zasady mogą być słuszne, ale ich przywoływanie nie zawsze wystarcza do jasnego opisania konkretnej sytuacji. Można mówić o poszanowaniu granic wszystkich państw, a jednocześnie przemilczeć państwo, które te granice próbuje zmieniać siłą.
Taki komunikat nie jest automatycznie dowodem na zmianę polskiej polityki zagranicznej. Nie uprawnia również do twierdzenia, że premier świadomie chroni interesy Kremla. Jednak różnica między dokumentami jest na tyle wyraźna, że zasługuje na publiczne wyjaśnienie.
Czy Warszawa uznaje, że prawda o agresji powinna być wypowiadana wprost niezależnie od miejsca rozmów, czy też jej nazwanie zależy od dyplomatycznej wygody partnera?
Dwie wizyty, różne słowa. Jaka jest cena dyplomatycznego pragmatyzmu?
Zestawienie komunikatów z Manili, Delhi i Hanoi pokazuje wyraźny kontrast. W oświadczeniu polsko-filipińskim Rosja została wskazana jako państwo prowadzące wojnę przeciwko Ukrainie. W przytoczonych dokumentach dotyczących Indii i Wietnamu zabrakło równie bezpośredniego nazwania rosyjskiej odpowiedzialności.
Nie oznacza to, że wszystkie trzy wizyty miały identyczne cele, przebiegały w tych samych warunkach albo powinny zakończyć się dokumentami o identycznym brzmieniu. Filipiny, Indie i Wietnam prowadzą odmienną politykę zagraniczną, mają różne relacje z Moskwą i inaczej definiują własne interesy.
Dyplomacja nie polega na mechanicznym powtarzaniu tych samych zdań w każdej stolicy. Czasami ostrożniejszy język ułatwia rozmowę, otwiera kanały współpracy i pozwala uzyskać więcej, niż przyniosłoby publiczne zaostrzenie tonu.
Jednak pragmatyzm nie powinien zwalniać władz z obowiązku wyjaśnienia, gdzie kończy się taktyczna ostrożność, a zaczyna rozmywanie politycznego przekazu.
Polska nie jest państwem, dla którego rosyjska agresja na Ukrainę stanowi odległy konflikt bez bezpośrednich konsekwencji. Nasze położenie geograficzne, historia i ocena zagrożeń bezpieczeństwa sprawiają, że jednoznaczność w tej sprawie ma szczególną wagę.
Dlatego pytanie nie brzmi, czy Warszawa ma rozmawiać z Indiami i Wietnamem. Oczywiście, że ma. Pytanie brzmi, czy potrafi prowadzić te rozmowy bez osłabiania jasności własnego stanowiska.
Donald Tusk powinien wyjaśnić różnicę
Jeżeli różnice w komunikatach wynikają z uzgodnień z partnerami, konkretnych celów negocjacyjnych lub świadomie przyjętej strategii, opinia publiczna powinna móc poznać przynajmniej ogólne uzasadnienie takiego podejścia.
Jeżeli zaś jest to element szerszej polityki dostosowywania języka do oczekiwań rozmówców, należy zapytać, jakie granice ma ten pragmatyzm.
Bo w polityce międzynarodowej słowa nie zastępują działań, ale potrafią wzmacniać albo osłabiać przekaz państwa. A państwo, które chce być wiarygodne, powinno umieć wyjaśnić, dlaczego w jednej stolicy mówi o rosyjskiej inwazji, a w innej poprzestaje na ogólnych deklaracjach o pokoju.
Nie chodzi o to, by każdą dyplomatyczną różnicę ogłaszać kapitulacją. Chodzi o to, by nie przyjmować bezkrytycznie założenia, że każda zmiana języka jest wyłącznie niewinnym zabiegiem protokolarnym.
W polityce zagranicznej milczenie nie zawsze oznacza zgodę. Ale konsekwentne unikanie nazwania agresora może osłabiać przekaz, który Polska powinna budować z wyjątkową starannością.
Dlatego sprawa wymaga odpowiedzi, a nie politycznych uników. Czy polski rząd uważa, że Rosję należy jednoznacznie wskazywać jako agresora również w komunikatach uzgadnianych z partnerami, którzy wolą bardziej neutralny język? A jeśli nie — jakie konkretnie cele uzasadniają takie odstępstwa?
To pytania o wiarygodność polskiej dyplomacji, spójność państwowego przekazu i granice politycznego pragmatyzmu.
W świecie, w którym Rosja prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie, Polska nie może zapominać, że słowa mają znaczenie. Szczególnie wtedy, gdy ich brak zaczyna być bardziej wymowny niż to, co zapisano w oficjalnym dokumencie.
Autor: Hanna Shen
Dziennikarka, korespondentka GPC na Tajwanie, prowadzi swojego bloga pod adresem: haniashen.blogspot.tw



Zostaw komentarz