Tak, wielu przedsiębiorców upadnie przez epidemię. Wielu z nich… powinno upaść. I to natychmiast. Istnieją usługi podstawowe, na których zarabia się duże pieniądze kosztem ogółu społeczeństwa. Socjaliści nazywają ich spekulantami, kapitaliści – rekinami. I to właśnie z nimi, a nie z kryzysem epidemiologicznym nie potrafi sobie poradzić rząd.
Tak – jako ekonomista jestem bluźniercą i uważam, że nie na wszystkim należy zarabiać. Wolny rynek tak – ale ze wskazaniem na moralność. Jeśli mogę zarobić pieniądze na budownictwie, księgowości, turystyce albo usługach transportowych to nie widzę powodu by domagać się zgody na branże, w których marże może i są wyższe, ale w lustro trudno spojrzeć. Przykłady? Legalizacja prostytucji pedofilskiej, handlu heroiną czy płatnych zabójstw otworzyłaby polską gospodarkę na morze klientów i inwestorów z zagranicy, ale takiego wolnego rynku ala afgański Kabul bym sobie nad Wisłą nie życzył. I mam nadzieję, że Ty drogi Czytelniku też.
Wracając do kryzysu koronawirusa – wielu przedsiębiorców musiało zamknąć swoją działalność, ale rachunki płacić muszą. I tu cztery główne koszty to: pensje pracownicze, czynsze, kredyty i ZUS. Pomijam taki drobiazg, że trzeba jeszcze jeść, ale jak wiemy, żaden wolnorynkowy rząd się tym akurat nie przejmuje i z przyjemnością pozwala wraz z towarzyszem Darwinem swoim obywatelom zdechnąć z głodu. Cóż, taki klimat. Ale jak zapobiec reszcie? Bardzo łatwo.
Od lat mówię (krzyczę), że najwyższy element składowy pensji pracowniczej i każdego biznesu to cena nieruchomości. To przez ten koszt pensje muszą być tak wysokie i miesięczny przestój na bezrobociu początkuje spiralę niemożliwego do spłaty zadłużenia, jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku np. restauracji i sklepów. Czynsz najmu lub rata zakupu to większość pensji i ogromny wydatek w budżecie przedsiębiorcy. Sęk w tym, że te ceny są sztucznie zawyżone. Gdybyśmy mieli w Polsce prawdziwy wolny rynek, to najem kawalerki w dużym mieście byłby możliwy za nie wiecej niż 1000 zł, tyle samo kosztowałaby rata kredytu za 2-pokojowe mieszkanie. Metr najmu powierzchni biurowej w standardzie „B” nie powinien zaś przekraczać z mediami 30 zł. Wtedy nie obserwowalibyśmy pustych lokali handlowo-usługowych na co drugiej ulicy przeciętnego polskiego miasta. Dlaczego tak nie jest?
W dobie bumu mieszkaniowego kilkanaście lat temu bankowcy doszli do wniosku, że pensje Polaków pozwalają na wyższe kredyty. Sęk w tym, że mieszkania – a na ich właśnie zakup zaciągano największe zobowiązania – były za tanie, więc developerzy chętnie dostosowywali swoje ceny do górnych zdolności kredytowych typowego nabywcy mieszkania. Z czasem pod coraz wyższe ceny podczepiało się coraz więcej chętnych na kawałek tego tortu i tak doszliśmy do kosmicznych cen m2 działki budowlanej. Bańka pękła, ale wkrótce (mniej agresywnie) ceny zaczęły wracać do poprzednich wyśrubowanych poziomów. Wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł, że ludzie mogą nie jeść krewetek na obiad, ale nie zbuntują się i nie przestaną mieszkać przenosząc się pod namiot.
Osoby ze zdolnością kredytową rozpoczęły masowe skupowanie mieszkań z rynku (czym ponownie zawyżono ich ceny) i ich hurtowy wynajem, co w Polsce stało się paradoksem – najem powinien być tańszy od kupna na własność, a tymczasem raty kredytu są o wiele niższe od czynszu najmu. Różnica to zysk wynajmującego. Zysk zapewniony mu przez… głupie przepisy. Otóż, typowy student nie ma szans na otrzymanie kredytu na mieszkanie, który w przypadku przedmieść spłacałby za około 1200 zł (po studiach mógłby lokal sprzedać, z uzyskanej kwoty spłacić resztę kredytu a z tego co zostało odzyskać równowartość rat płaconych na bieżąco). Musi za to wydać już nawet 1500 zł ZA WYNAJEM MAŁEGO POKOJU!!! w mieszkaniu z obcymi ludźmi. Musi stać w kolejce do łazienki i kuchni, płaci majątek i nikt mu tych pieniędzy nigdy nie odda. Ale na kredyt ktoś na górze uznał, że go nie stać więc dać mu go nie wolno. Identycznie wygląda sytuacja z najmem mieszkań przez rodziny. Jeśłi ktoś musi płacić 2800 zł za najem mieszkania w Warszawie, to poradziłby sobie bez trudu z kredytem na 1800 zł, tak wydane pieniądze zamiast bezpowrotnym kosztem stawałyby się odzyskiwalną inwestycją, ale barierą jest wkład własny i przeliczenie zarobków. I właśnie takie podejście rządu stoi na przeszkodzie rozwojowi polskiej klasy średniej.
Jeśli rząd chce pomóc przedsiebiorcom, niech zastanowi się jaki koszt najbardziej ich dobija. Oczywiście są to paliwa i nieruchomości. Po co podnosić pensję minimalną, jeśli nie zatrzymuje się rosnących czynszów najmu a osoba z pensją minimalną nie może liczyć na kredyt? Po to aby pracodawca płacił od wyższej pensji wyższy ZUS. Zyskuje budżet, a nie pracownik ani pracodawca. Czego woleliby studenci dorabiajacy do nauki – wyższej pensji minimalnej, czy możliwości wynajmu na zdrowych warunkach pokoju za 500 zł zamiast za 1500 zł? Bo trzeba pamiętać, że obniżenie barier kredytowych wymusiłoby też obniżenie do rozsądnych granic cen najmu. Najem stałby się opłacalny dla osób biedniejszych, a jeśli wynajmujący nie zauważyliby tego, to ich klienci odpłynęli by do banków kupując na raty własne lokum.
Ta sama reguła występuje w przypadku biznesu. Ogromna część lokali w centrach miast należy właśnie do miast lub spółdzielni. Wystarczy pójść na spacer po Warszawie, Katowicach, czy Białymstoku by zobaczyć wiele pustych witryn sklepowych. Te lokale są zbyt drogie do wynajęcia dla początkujących przedsiębiorców, stoją puste i kurzą się, a tymczasem obok nich funkcjonuje restauracja która przez 2/3 miesiąca gotuje wyłącznie na czynsz. Gdy przyjdzie kryzys, taki jak dzisiejszy, restaurator zbankrutuje bo przestój zabije jego płynność finansową. Jeśli obniżono by do rozsądnych poziomów czynsze w obu tych lokalach, wtedy ich właściciel miałby zagwarantowane z obu wpływy, ktoś nowy miałby szansę na rozwinięcie swojego start-upu, PKB kraju szybowałoby w górę, a ryzyko bankructwa byłoby dużo niższe. A przy okazji – gdyby te lokale były tańsze, wtedy podmioty komercyjne również musiałyby przekalkulować swoje oferty wynajmu aby zachować konkurencyjność.
Ale po co? Przecież właśnie chodzi o to BY STWORZYĆ BARIERY WEJŚCIA NA RYNEK – wtedy biznes pozostanie poza zasięgiem wielu ludzi a każdy kryzys będzie powodował żniwa. Otóż tak, drodzy Państwo – na giełdzie nie zarabia się na HOSSIE (co za interes kupować akcje gdy są drogie?), tylko na BESSIE, gdy ceny pikują w dół! To wielka WYPRZEDAŻ akcji, które niedługo znów przyniosą zysk. Kto traci? Drobni ciułacze i emeryci, których fundusze muszą wyprzedawać walory za pół darmo, nim ich ceny spadną jeszcze niżej i stracą wszystko a zapisany w księgach wynik finansowy zmusi ich nie do przeczekania sytuacji, tylko do ogłoszenia upadłości.
Tak samo wygląda sytuacja w kryzysie epidemiologicznym. Sporo firm padnie nie mogac udźwignąć stałych kosztów a ich aktywa trafią do taniej sprzedaży. Zwolnią atrakcyjne lokale i personel. Nic tylko kupować. A biedniejszy? Cóż, kogo obchodzi biedniejszy człowiek? Niech do końca życia spłaca niespłacalne długi. Nasz obecny rząd o to zadbał tak zmieniając przepisy o upadłości, że faktycznie biedny człowiek nie będzie już oddłużony nigdy.
Fot. drajt/Pixabay
Autor: Kazimierz Turaliński – polski dziennikarz śledczy, politolog, ekonomista, specjalista ds. windykacji i bezpieczeństwa gospodarczego. Autor książek o przestępczości zorganizowanej i służbach specjalnych. W 2016 roku pełnił funkcję eksperta Biura Analiz Sejmowych skierowanego do obsługi Sejmowej Komisji Śledczej ds. Amber Gold. Odpowiadał m.in. za analizę kryminalną tej sprawy.
Specjalizuję się w materii bezpieczeństwa i wywiadu gospodarczego oraz w sprawach karnych – kryminalnych, gospodarczych i skarbowych. Swoją drogę z wykonywanym zawodem rozpocząłem studiując prawo, nauki polityczne oraz ekonomię w specjalizacji podatkowej. Przeszedłem szkolenia prowadzone przez specjalistów służb cywilnych i wojskowych: polskich, amerykańskich, izraelskich i rosyjskich. Posiadam należne „z urzędu” uprawnienia do licencji II stopnia ochrony osób i mienia. W międzyczasie pracuję nad rozprawą doktorską z zakresu prawa konstytucyjnego i karnego.
Z komercyjnym sektorem bezpieczeństwa gospodarczego jestem związany od 2000 roku. Od tego czasu zrealizowałem ponad 900 zleceń, w tym rozwiązywałem problemy osób z listy najbogatszych Polaków, spółek giełdowych oraz działaczy politycznych, a także nagłaśniałem sprawy bulwersujących zbrodni i afer gospodarczych. Nie zliczę, ile razy konfrontowałem się z zawodowymi oszustami, brutalnymi kryminalistami, czy działającymi na ich rzecz prawnikami oraz skorumpowanymi funkcjonariuszami. Organizowałem obsługę prawno-detektywistyczną oraz ochronę fizyczną w państwach takich jak Rosja, Ukraina, Włochy, Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Pełniąc funkcje dyrektorskie zbudowałem w minionej dekadzie dwa duże piony realizacyjne w sieciach polskich kancelarii prawno-finansowych, a jako ekspert ds. karno-gospodarczych pełniłem funkcję partnera kancelarii JanSzed. Świadczyłem również usługi doradcze w sprawach przestępczości gospodarczej na rzecz komisji sejmowej w ramach działalności Biura Analiz Sejmowych. Następnie, wraz z moim zespołem zrzeszającym profesjonalistów z zakresu prawa karnego i cywilnego oraz detektywistyki, w większości składającym się z byłych oficerów służb państwowych, świadczyłem usługi na rzecz indywidualnych klientów, podmiotów gospodarczych, agencji detektywistycznych i kancelarii prawnych.
Jestem autorem ponad stu reportaży publikowanych w prasie polskiej, brytyjskiej i niemieckiej, autorskich programów szkoleniowych, szeregu publikacji książkowych z zakresu przestępczości zorganizowanej oraz aspektów prawno-ekonomicznych międzynarodowej przestępczości gospodarczej i bezpieczeństwa, a także podręczników branżowych. Część z nich zyskała uznanie uczelni wyższych i trafiła na listy literatury podstawowej studiów z zakresu detektywistyki, wywiadu gospodarczego oraz typologii przestępców m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, czy na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Miałem też zaszczyt poprowadzić prelekcje podczas polskich sympozjów globalnej organizacji Strategic and Competitive Intelligence Professionals – SCIP zrzeszającej międzynarodowych ekspertów ds. wywiadu konkurencyjnego. Od 2014 roku prowadzę wykłady na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie na kierunku studiów Strategiczny wywiad biznesowy. Wprowadzam studentów w tematykę „przestępstw gospodarczych” oraz „granic prawnych wywiadu biznesowego„, czyli prawa karnego i cywilnego. Od 2016 roku wykładam na tej samej uczelni zagadnienia „kontrwywiadu biznesowego” na kierunku Bezpieczeństwo biznesu, obejmujące metodykę ukrywania tajemnic przedsiębiorstwa i przeciwdziałania szpiegostwu przemysłowemu. We wcześniejszych latach miałem przyjemność również poprowadzić wykłady otwarte m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, Akademii Obrony Narodowej oraz w Szkole Głównej Handlowej. Zapraszam także na zamknięte szkolenia z zakresu bezpieczeństwa biznesu, organizowane przez ARTEFAKT.edu.pl sp. z o.o..
Aktualnie ograniczam świadczenie opisanych wyżej usług i koncentruję się na aktywności publicystycznej i dydaktycznej.
Zostaw komentarz