Bardzo dziwię się osobom, które w ciemno poręczają niewinność mec. Romana Giertycha. Podobnie było w przypadku senatora Józefa Piniora. Po jego aresztowaniu wielu wpływowych, znanych publicznie ludzi również gwarantowało niewinność polityka, oskarżając organy ściągania o represje i polityczną rozgrywkę, tymczasem później Pinior został skazany przez niezależny Sąd, a dowody jego winy okazały się niesamowicie przekonujące.
Giertych nie jest adwokatem z hufca aniołów. W przeszłości zdarzały mu się różne ekscesy. W środowisku prawniczym znany jest ze stosowania rozmaitych wyrafinowanych forteli, o czym mówi choćby nagranie z 2011 roku rozmowy suto zakrapianej alkoholem, pomiędzy nim a redaktorami Janem Pińskim i Piotrem Nisztorem, podczas, której omawiano mechanizm „dziennikarskich wymuszeń rozbójniczych” [pisanie książek o najbogatszych Polakach (Janie Kulczyku), aby za zaniechanie jej wydania uzyskać korzyści finansowe]. Tą drogą poszedł później tygodnik „Wprost” wysyłając do spółek podległych ministerstwu transportu: najpierw oferty publikacji ogłoszeń reklamowych, a następnie reporterów dopytujących o inkryminowane sprawy w podmiotach gospodarczych nadzorowanych przez resort transportu (np. PKP), w tym m.in. o słynny zegarek ministra transportu, Sławomira Nowaka. Później, jak gdyby w odruchu zemsty za brak spełnienia oczekiwań reklamowych, „Wprost” zaczął publikować nagrania ze spotkań i rozmów czołowych polityków PO, członków rządu, w warszawskich restauracjach.
Pod powierzchnią tej afery toczyła się typowa biznesowa gra wymuszeniowa. W akcji mieli m.in. uczestniczyć Piński oraz Nisztor. Ten ostatni w tym samym czasie kontaktował się z osadzonym w więzieniu Ryszardem Boguckim, oskarżonym o zabójstwo jednego z liderów gangu pruszkowskiego – Andrzeja Kolikowskiego, pseudonim „Pershinga”.
Ten sam Giertych, wg relacji Radosława Sikorskiego w rozmowie z prezesem PKN „ORLEN”, Jackiem Krawcem, doradzał później Nowakowi, aby słynny zegarek zakwalifikować do wspólnego rozliczenia majątkowego wraz z żoną, gdyż w ten sposób stworzy to możliwość uniknięcia odpowiedzialności karnej.
Krytykuje się np. okoliczność, że Roman Giertych został podczas zatrzymania zakuty w kajdanki. Znam przypadek dziewczyny podejrzanej o okradzenie sklepu na sumę 1.500 zł, którą policja wyprowadziła publicznie i w sposób spektakularny w kajdankach.
Roman Giertych jest podejrzewany o malwersacje finansowe opiewające na kwotę 92 mln zł, z czego sam miał zarobić 14 mln.
Dlaczego Giertych miałby być traktowany lepiej niż ta dziewczyna? Dlaczego ją można zakuć w kajdanki, zaś znanego, wpływowego mecenasa nie. Czy „przestępstwa papierkowe” są lepsze od przestępstw polegających na zwykłej kradzieży z półek sklepowych?
W popularnym polskim filmie „Vabank” jest taki pouczający cytat. Gdy po udanym „skoku” na bank Kramera współtowarzysze namawiają Henryka Kwinto do kolejnego napadu, on kategorycznie odmawia, mówiąc: „Jak kraść to kraść nie jako prezes, sekretarz, czy inny urzędnik, tylko par excellence jako złodziej; tak będzie po prostu uczciwiej”.
Dla mnie, złodzieje napadający na banki, restauracje, czy sklepy w kominiarkach są bardziej uczciwi od złodziei w białych kołnierzykach, kradnących za pomocą matactw papierkowych, gdyż ci pierwsi nie udają kogoś innego niż są. Pytanie kto zakłada głębszą maskę jest otwarte…
Oczywiście, w obydwu przypadkach nie można mówić o uczciwości, ale „przestępcy papierkowi” okradają nas podwójnie: po pierwsze z pieniędzy; po drugie z zaufania. Przebierają się w garnitury za kogoś innego niż są i zdobywając nasze zaufanie okradają nas.
Często w kontekście Romana Giertycha przywołuje się sprawę Barbary Blidy. O kulisach zabójstwa Blidy napisałem książkę, znam w tej sprawie fakty i okoliczności, jakich nie zna szeroka opinia publiczna.
Rzeczywiście obydwa wydarzenia (dotyczące Blidy i Giertycha) są podobne, jednak w innym sensie niż ten, który jest im obecnie nadawany. W każdej z tych sytuacji chodziło o jedną rzecz: o odsunięcie w czasie momentu zatrzymania podejrzanych przez organy ścigania (ABW i CBA). Barbara Blida nie chciała się zabić, nie targnęła się na własne życia, nie zamierzała popełnić samobójstwa. Jej celem było samookaleczenie, znalezienie się w szpitalu i odsunięcie momentu aresztowania. Świadczy o tym jeden kluczowy, przygniatający fakt: Barbara Blida strzelała do siebie z tzw. pocisków niepenetrujących (inaczej „ślepych”), które w zwykłych, normalnych okolicznościach nie zabijają.
Ktoś zapyta, dlaczego więc zginęła? Odpowiedź moja jest taka: to był nieszczęśliwy wypadek. Pociski niepenetrujące mogą zabić, gdy nastąpi przyłożenie broni blisko do pewnych wrażliwych części ciała. Rekonstrukcja wydarzeń jest następująca: Blida weszła do łazienki w towarzystwie agentki ABW-u i sięgnęła po broń. Zamierzała się okaleczyć, żeby w ten sposób odsunąć w czasie moment zatrzymania przez organy ścigania. Widząca to funkcjonariuszka ABW, która nie znała prawdziwych (najgłębszych) motywów działania Barbary Blidy, zinterpretowała jej zachowanie typowo, jako próbę samobójstwa, stąd gwałtownie interweniowała i usiłowała jej odebrać pistolet. Wywiązała się szamotanina. W jej wyniku lufa broni znalazła się w nietypowej pozycji wobec ciała (nietypowy kąt nachylenia). Wówczas padł strzał. Mechanizm wystrzału nastąpił tak niefortunnie, że Barbara Blida najpierw straciła przytomność, a chwilę później zmarła.
Blida znała specyfikę działania broni, gdyż sama w miarę często korzystała ze strzelnicy. Nie mogła więc chcieć się skutecznie zabić używając do tego pocisków niepenetrujących. Jednak niefortunny zbieg okoliczności, reakcja funkcjonariuszki ABW-u spowodowały, że w konsekwencji szamotaniny broń blisko przyległa do ciała i nastąpił wystrzał.
Później ABW pod rządami PiS zatuszowało wiele okoliczności tej sprawy i rolę funkcjonariuszki. M.in. agentka umyła ręce przed policyjnymi oględzinami, czego procedura śledcza zabrania robić, a oceny ekspertyz jej kurtki były niejednoznaczne, aczkolwiek znaleziono na niej ślady prochu. W proceder był bardzo mocno zamieszany ówczesny szef ABW a obecnie prokurator krajowy i „prawa ręka” ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ziobro – Bogdan Święczkowski.
Kilka lat później napisałem wraz z Łukaszem Ziają głośną książkę w formie wywiadu rzeki, której bohaterem był właśnie Bogdan Święczkowski. Jest w niej wiele o Ryszardzie Krauzie, aferze gruntowej, rozgrywce zorganizowanych struktur przestępczych oraz rosyjskich służb specjalnych. Być może to właśnie w tamtych wydarzeniach znajduje klucz do rozwikłania tajemnicy śmierci Andrzeja Leppera.
Wypaczanie przez śledczych związanych z PiS okoliczności aresztowania Barbary Blidy, nie zmienia rzeczy, że była ona oskarżona o korupcję na dużą skalę. Ciążyły na niej bardzo poważne oskarżenia. Wcześniej, przed podjęciem sprawy przez organy ścigania, o faktach mocno obciążających Blidę dużo pisała „Gazeta Wyborcza”.
Sprawę Blidy i Giertycha łączy jeszcze jedna rzecz: ocena decyzji o zatrzymaniu. Mówi się często, że osoby podejrzewane o przestępstwa gospodarcze można zapraszać na przesłuchania, zaniechując procedur aresztowych. Niestety są to naiwne enuncjacje niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, a także pragmatyką poczynań śledczych. Jest różnica czy kogoś zatrzyma się od razu, w sposób równoległy i skoordynowany, wraz z innymi podejrzanymi, czy pozostawi mu się czas do namysłu nad zeznaniami.
Czas jest to kwestią niezwykle istotną. Czas często działa na korzyść przestępców, a na niekorzyść organów ścigania i skuteczności śledztwa.
Kryminalistyka zna kategorię zeznań spójnych, czasami nawet bardzo spójnych, bo wypracowanych przez całe konsylia adwokatów, ale mimo wszystko obiektywnie, fenomenologicznie fałszywych, jednak takich, których dostępnymi instrumentami prawnymi nie da się obalić.
O to szedł bój w sprawie Barbary Blidy. I o to idzie bój w sprawie wielu innych zatrzymań: żeby uniknąć natychmiastowego odizolowania, żeby zyskać czas na mataczenie.
I na koniec ostatni aspekt sprawy. Szczęście Giertycha, Krauzego i innych polega na tym, że zatrzymała ich aktualna władza (PiS), do której nie można mieć ani odrobiny zaufania, znana z różnego rodzaju nadużyć. Brak wiarygodności tej władzy działa na korzyść Giertycha oraz Krauzego, choć sami oni, jak napisałem wcześniej, nie reprezentują cnót rodem z hufca aniołów. Być może, gdyby funkcję gospodarza śledztwa pełniła prokuratura pod rządami innej władzy, procesowe, a zwłaszcza wizerunkowe położenie Giertycha oraz Krauzego byłoby dużo gorsze. Bo ta inna władza dysponowałaby większą wiarygodnością i przypisywano by do niej silniejsze poczucie bezstronności, obiektywności, neutralności.
Nie można również zapominać o wielu okolicznościach przemawiających na rzecz Romana Giertycha i Ryszarda Krauzego, zaś przeciwko ich zatrzymaniu. Choćby to, że w następny dzień po zatrzymaniu, podczas rozprawy aresztowej przeciwko biznesmenowi Leszkowi Czarneckiemu, mec, Giertych miał ujawnić informacje poważnie obciążające wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego.
Albo tę okoliczność, że wicepremier Kaczyński może się mścić na Krauze za uformowanie przecieku, wraz z Januszem Kaczmarkiem i Leszkiem Woszczerowiczem, w sprawie planowanego aresztowania Andrzeja Leppera po podejrzeniem korupcji w aferze gruntowej.
Przeciek ten tak naprawdę pochodził od prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który chciał w ten sposób zapobiec upadkowi rządu Jarosława Kaczyńskiego oraz uratować interesy Ryszarda Krauzego w Kazachstanie; chodziło o debiut spółek giełdowych, m.in. „Petolinvest S.A.” W grze tej operacyjnie uczestniczyły również rosyjskie czynniki wywiadowcze, prawdopodobnie osłaniające operacyjnie interesy Krauzego w Kazachstanie.
Była to jedna z tych niewielu spraw, w której Lech Kaczyński nie zgadzał się ze swoim bratem, Jarosławem. Ten ostatni, wraz ze Zbigniewem Ziobro i Mariuszem Kamińskim, chciał doprowadzić do aresztowania Andrzeja Leppera pod zarzutami korupcyjnymi, wyprowadzenia go z budynku ministerstwa rolnictwa w kajdankach i przejęcia zasobów parlamentarnych „Samoobrony”. W ten sposób PiS, „zjadając przystawki” uzyskałby samodzielną większość rządową w Sejmie. Prezydent Lech Kaczyński, wraz ze swoim otoczeniem, bał się tego scenariusza, uważał, że doprowadzi on do upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego oraz popsucia startu przedsiębiorstwa należącego do Ryszarda Krauzego na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.
Lech Kaczyński przyjaźnił się z Ryszardem Krauze. Z drugiej strony Krauze cieszył się dobrą estymą wśród Rosjan, miał dobre relacje z rosyjskimi służbami specjalnymi, a także blisko współpracował z Andrzejem Lepperem (informatyzacja przez „PROKOM SOFTWARE S.A. ministerstwa rolnictwa, KRUS, itd.).
Nie jestem w stanie pisać Państwu o tym wszystkim szczegółowo, a i tak zająłem już – zwłaszcza jak na warunki – sporo miejsca. Wszystkie te sprawy opisałem w swoich książkach sprzed lat: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” – wywiad rzeka z byłym szefem ABW-u Bogdanem Święczkowskim oraz „Strefa tabu.
Największe afery III RP”.
Gdy tylko znajdę czas i możliwość postaram przybliżyć się na Facebooku dużo bardziej szczegółowo.
Sprawy te na pewno nie są proste. Są bardzo zawiłe i złożone. Wielowymiarowe. Zaś prawda nie jest funkcją podziału politycznego i od niego nie zależy, a sympatie polityczne nie mogą gwarantować niewinności.
Jasne jest, że wobec Romana Giertycha należy stosować domniemanie niewinności. Jednak domniemanie niewinności wobec osób o wyższej świadomości prawnej i znanych publicznie, obdarzonych społecznym zaufaniem wygląda trochę inaczej i wyżej zawiesza poprzeczkę.
Adwokat nie powinien (bo oczywiści formalnie, nominalnie może) przyjmować takiej samej strategii, jak pospolity przestępca: mówiąc: udowodnijcie mi winę, ja mogę nic nie robić na rzecz dowiedzenia własnej niewinności, mogę pozostawać procesowo bierny, mogę chować się za „podwójną gardą milczenia” czy nieświadomości.
Od adwokata – moralnie – należy oczekiwać więcej; tym bardziej od byłego i chyba również jeszcze aktualnego, czynnego polityka.
W tym miejscu pojawia się również inne fundamentalne pytanie: jak powinna zachowywać się opinie publiczna, pełniąca przecież w demokracji ważną funkcję kontroli społecznej. Czy powinna tylko jednostronnie stawać w obronie osób znanych publicznie, wpływowych, dobrze ustosunkowanych, a oskarżanych przez organy ścigania, czy powinna jedynie szukać i dostarczać argumentów na rzecz ich obrony i niewinności? Czy też powinna implementować podejście dużo bardziej krytyczne, wielostronne, wielowymiarowe i dostarczać również przesłanek i okoliczności, które działają na niekorzyść osób publicznych (inaczej mówiąc, drążyć temat)?
Autor: Roman Mańka
Socjolog, publicysta, pisarz, komentator polityczny, dziennikarz „Halo Radio”, redaktor naczelny czasopisma eksperckiego Forum Inicjatyw Bezpieczeństwo Rozwój Energetyka (FIBRE). Posiada trzy wielkie pasje: filozofię, socjologię, i piłkę nożną; jest zagorzałym kibicem Realu Madryt. Wykształcenie socjologiczne zdobył na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ukończył również Studium Dziennikarstwa Europejskiego prowadzone przez Centrum Europejskie „NATOLIN” w Warszawie. W przeszłości wykonywał zawód dziennikarza śledczego w prasie lokalnej, a następnie ogólnopolskiej: opisywał sprawy z zakresu zorganizowanej przestępczości mafijnej, powiązań klientelistycznych oraz korupcji polityków; pełnił również funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej i szefa działu krajowego. Publikował w Gazecie Finansowej, Home&Market, Gentleman, Onet.pl i Interii. Obecnie jest pisarzem i publicystą, autorem dwóch książek popularno-naukowych: „Strefa tabu. Największe afery III RP” oraz „Moment krytyczny”, a także współautorem jednej pozycji w dziedzinie dziennikarstwa śledczego: „Łańcuch poszlak. Wielka gra mafii i rosyjskich służb specjalnych” (wywiad rzeka z byłym szefem ABW, Bogdanem Święczkowskim).
Opinia publiczna zachowuje się tak jak dziennikarze, którzy w przypadku Giertycha robią z niego ofiarę, pan też tak trochę bez sensu jak spod kredensu.