W rozmowie ze znajomym zostało zadane mi pytanie – jak to możliwe, że nasze elity są tak głupie? Przecież termin „elita” sugeruje posiadanie pewnych kompetencji?

Wszystko zależy jak zostanie zdefiniowana elita. Jeśli kryterium jest pozycja społeczna, czy też możliwość wywierania społecznego wpływu, to wynik nie musi się pokrywać z inteligencją. W naszym przypadku nie pokrywa się – i to źle o naszym społeczeństwie świadczy, a zarazem jest jego głównym problemem – ponieważ byłoby lepiej, gdyby te dwa zbiory w znacznym stopniu jednak się pokrywały.

Pomijając problemy naszego języka oraz szkolnictwa i niski kapitał kulturowy, chciałbym spojrzeć na ten problem szerzej, w bardziej uniwersalnym ujęciu.

Przyjmijmy wizję naszej kultury jako cybernetycznego, samoodtwarzajacego się modelu zachowań, ukształtowanych doświadczeniem, o ograniczonej zdolności korekcji wad, polegającego prawidłom doboru grupowego w toku ewolucji.

W tym kontekście to jest nieunikniony proces, jeśli pozwolić ludziom piastować stanowiska lub głosić tezy, za które nie biorą żadnej odpowiedzialności lub które są nieweryfikowalne.

Tu trzeba wrócić do podstaw filozofii. Żeby ocenić dowolne zjawisko, należy określić dla niego miarę. W przypadku jednowymiarowego problemu, trzeba wyznaczyć dwa punkty odniesienia, żeby móc powiedzieć : bliżej jednego końca spektrum – „za mało” lub drugiego – „za dużo”. Dla dwuwymiarowego – trzy itd. W praktyce wymiarów jest potencjalnie nieskończenie wiele, ale ich znaczenie maleje z każdym kolejnym, więc na nasze potrzeby analiza w 1 do kilku wymiarów jest wystarczająco użyteczna.

Teraz rozważmy co dzieje się, kiedy ktoś głosi rzeczy nieweryfikowalne. Nie napotkawszy oporu w postaci punktu zwrotnego, może ekstrapolować swój pomysł w nieskończoność. To potencjalnie nieskończona racjonalizacja choćby najgłupszej agendy.
Kiedyś posługiwano się podobnym narzędziem w retoryce, w postaci reductio ad absurdum. To jednak wymaga dojścia albo do punktu oczywistej sprzeczności, albo do wspólnego pojęcia absurdu – którego nasza kultura już nie uznaje.

Przenosząc ten problem na relacje społeczne, należy dodatkowo uwzględnić czas. Między przyczyną a skutkiem następuje przesunięcie w czasie. To z jednej strony utrudnia zdefiniowanie związku przyczynowo-skutkowego, a z drugiej strony może oznaczać, że już przekroczyliśmy punkt krytyczny – granicę absurdu, zza której już nie ma powrotu – tylko jeszcze o tym nie wiemy. Wijemy się tylko bezsilnie w bólach, nie mogąc wycofać z pułapki.

Oznacza to tyle, ze nie ma dla naszej zbiorowości ratunku. Jedyną ochroną przed pułapką jest nie wchodzić w nią – ale do tego potrzeba dysponować uprzedzeniami. Te zawiera nasza kultura i instynkt. Ale przecież żyjemy w społeczeństwie tak postępowym, że odrzuciliśmy już dawno oba te bezpieczniki! Teraz ponosimy odsunięte w czasie koszty bezgranicznej eksploracji.

Na pocieszenie można zauważyć, że tak działa ewolucja. Wadliwy model – jak nasz – który okazał się wrażliwy na demontaż bezpieczników, zginie. Przeżyją modele bardziej zachowawczo i racjonalnie podchodzące do eksploracji.

Na marginesie, proszę zwrócić uwagę jak ten problem zazębia się z zagadnieniami logiki parakonsystentnej, bedacej niejako praktyczną aplikacją logiki formalnej. W logice parakonsystentnej, dochodząc do sprzeczności, z użyciem określonych heurystyk próbujemy znaleźć funkcjonalne rozwiązanie. W naszym społeczeństwie nie rozwiązuje się sprzeczności, tylko pozwala im trwać, bez rozwiązania. Mogłoby się wydawać że to sensowny model demokracji agonalnej, ale niestety nie – ponieważ nie prowadzi do konkluzji, lecz do pata.

Czy mimo tego jesteśmy w stanie odbudować wspólne punkty odniesienia, zanim wszystkie zostaną ośmieszone lub zdekonstruowane? A jeśli nie – czy możliwa jest nowa forma kultury, która przetrwa w sprzeczności, ale bez rozkładu?

Nie mam zamiaru udawać – szanse nie wyglądają imponująco. W mojej ocenie jedyną deską ratunku dla resztek naszej cywilizacji przed głębszym kryzysem lub nawet zagładą, jest tak naprawdę usunąć wadliwie funkcjonujące instytucje, zaczynając na pewnych płaszczyznach od zera. Cofnąć się kilka kroków, i dołożyć nowe tabu, chroniące na przyszłość przed popełnieniem błędów teraźniejszości.