Za czasów mojej młodości nazywali ją różnie: alpaga, wino patykiem pisane, jabol, sikacz, mózgojeb. Miało różne smaki, najczęściej owocowe, ale był też „Kordiał waniliowy”. Wszystkie smakowały tak samo, najczęściej siarką i pili je wszyscy. Od robola, poprzez studenciaka, do inteligenta. Dla licealnych pierwszoklasistów jej picie, po raz pierwszy, było inicjacją w dorosłość.

Jak każdego dnia siedzieli sobie pod kawiarnią „Tiramisu” w Łomiankach. Na ławeczce. Było ich trzech o trudnym do określenia wieku. Między nimi stała wysmukła butelka. Kiedy podszedłem bliżej okazało się, że był to jakiś „mózgojeb”. Tanie wino owocowe wzmocnione spirytusem. Moc jakieś dwadzieścia procent. Widać już znaleźli „sponsora” bo nie poprosili mnie jak zazwyczaj o „złotówkę na zupę”. Nie wiem, która to była butelka bo byli już lekko wstawieni. A i słoneczko już przygrzewało mocno w głowy.

Przypomniała mi ta scenka mój pierwszy raz, z podobnym trunkiem. Chodziłem wtedy do liceum im. Krzywoustego w Nakle nad Notecią i mieszkałem w internacie. W pokoju ze mną było bodajże pięciu chłopaków. Już po inauguracji roku szkolnego postanowiliśmy zrobić wieczorek zapoznawczy. Oczywiście z alkoholem. No bo jak, tak na sucho się zapoznawać. Zakąsek nie musieliśmy kupować bo każdy z nas miał wałówę z domu: smalec w słoikach, wędzoną kiełbasę „czujnie ” pachnącą czosnkiem, wędzony boczek. No, ale skąd i jak skołować tu wino. W sklepie nam nie sprzedadzą bo byliśmy niepełnoletni. Jeden z kolegów wpadł na genialny pomysły. Niedaleko naszej „budy” był zakład produkujący wina owocowe, a on miał tam znajomego, który „na lewo” może nam sprzedać dopiero co uwarzonego jabola. Jednak nie w butelce, ale prosto z taśmy, jeszcze ciepły. W kance.
Pomysł nam się spodobał. Zrobiliśmy zrzutkę i wysłaliśmy go do zakładu. Kankę, taką metalową, po pojemności trzech litrów pożyczyliśmy od kucharek z internackiej kuchni.
Wrócił stosunkowo szybko z pełną kanką jeszcze ciepłej alpagi o smaku truskawkowym. Jak powiedziałby dobry sommelier , „wyczuwało się nutę siarki”. I to bardzo mocno.
By nie dać się złapać wychowawcom z internatu poszliśmy ją rozpić na działki, za torami kolejowymi. Był ciepły wrzesień więc aura idealna na taką imprezę.
Już na miejscu okazało się, że zapomnieliśmy kubków więc piliśmy tą ciepłą berbeluchę prosto z kanki. Była ohydna. Smakiem przypominała spleśniałe truskawki polane kwasem siarkowym. Piliśmy ją jednak dzielnie nie okazując wstrętu.
Nie wiem w końcu czy wypiliśmy całą zawartość. Całe trzy litry. Pamiętam tylko, że po wypiciu połowy zrobiło się nam niedobrze i każdy z nas musiał pójść w krzaki by zrobić ulgę żołądkowi.
Wracaliśmy do internatu na miękkich nogach i z ciężką głową. A nazajutrz rano obudziliśmy się z kacem. Całe szczęście nikt nas nie złapał i impreza skończyła się dobrze. Poza wymienionymi wcześniej dolegliwościami.

W szkole patrzyliśmy z dumą na kolegów, którzy nie mieli takiej inicjacji. My zaś czuliśmy się dorosło. Przynajmniej wtedy tak nam się wydawało, że wkroczyliśmy w wiek męski.

Antoni StyrczulaAutor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl