Zachód po raz kolejny zaprzepaścił szansę na pokonanie Rosji wówczas, kiedy była słaba, wewnętrznie nieprzygotowana do wojny, kiedy atak na Ukrainę był tam widziany jako „wojna ekspedycyjna” a nie „wojna ojczyźniana”.
Teraz jest już pozamiatane. Ja naprawdę poważnie interesuję się tym, co się dzieje w stosunkach międzynarodowych i wyciągam wnioski z dostępnych mi informacji.
Rosja jest już mocno zaawansowana w przestrojeniu całej gospodarki na reżim wojenny. Zachodnie restrykcje nie złamały Rosji. Po początkowym okresie zasłabnięcia, Rosjanom udało się znaleźć zarówno rynki zbytu na swoje surowce, jak źródła pozyskiwania towarów technologicznych, których sami nie mogą jeszcze wyprodukować. Państwo rosyjskie osiąga niezłe dochody, a Rosjanie coraz lepiej uczą się działać w warunkach odcięcia od rynków zachodnich. Perspektyw załamania gospodarczego już nie widać – Rosja najgorsze ma już za sobą.
Putinowi udało się utrzymać władzę, nowe ustawodawstwo poborowe przeszło właściwie bez szemrania i Rosja w sposób płynny przeszła do fazy przygotowań do kolejnej fazy konfliktu. O żadnym wygaszaniu wojny, póki co, nie ma nawet mowy. Wszystko wskazuje na to, że rosyjskie kierownictwo polityczne jest przekonane, że czas pracuje na korzyść Rosji i że może spokojnie czekać aż rozwój wydarzeń doprowadzi do tego, że wszelki rozejm będzie możliwy jedynie na warunkach rosyjskich.
Co gorsza, nawet jeśli nie było to początkowym zamiarem Putina, to udało mu się dokonać ważnej zmiany w zakresie rosyjskiej mentalności: udało mu się zdyskontować antyzachodnie nastroje do tego stopnia, że społeczeństwo rosyjskie w masie odrzuciło liberalno-lewicowy model rozwojowy i jest gotowe ponosić spore wyrzeczenia na rzecz utrzymania własnej kulturowej odrębności.
Na swój sposób w Rosji dokonała się lokalna wersja irańskiej „rewolucji islamskiej” i zarówno wśród rosyjskich elit, jak w masach społecznych ugruntowało się przekonanie, że Zachód będzie musiał sobie „zasłużyć”, aby powrót do jakichś normalnych stosunków w ogóle był możliwy. Oznacza to, że w Rosji utrwaliło się przekonanie, że jakikolwiek nowy konsensus musi uwzględniać interesy rosyjskie „z naddatkiem”. Dla Polski oznacza to, że Rosja będzie stale i systematycznie podważać naszą pozycję w regionie i będzie uzależniać relacje z Zachodem od uznania swoich roszczeń co do wpływu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jednym słowem, celem Rosji będzie wyraźne pokazanie, że żadna stabilizacja na Pomoście Bałtycko-Czarnomorskim nie będzie możliwa, dopóki interesy Rosji nie będą zaspokojone.
W tym świetle należy widzieć rosnącą obecność Wagnerowców na Białorusi. Jestem przekonany, że celem tych grup będzie intensywna działalność dywersyjna w Polsce i w krajach bałtyckich. Działalność na tyle uciążliwa, że aż destabilizująca i pokazująca mocarstwom zachodnim, że Polska nie jest w stanie opanować takiego zagrożenia w reżimie cywilnym. Wprowadzenie zaś stanu wyjątkowego czy wojennego będzie widziane jako oznaka słabości, gest wyraźnie zniechęcający inwestorów, podważający zapewnienia, że rząd panuje nad sytuacją, a NATO zapewnia pełną ochronę.
Zarazem, doszliśmy do momentu, kiedy – jak się wydaje – NATO potrzebuje mniej więcej tyle samo czasu, aby odbudować zapasy amunicji, ile Rosja potrzebuje na odbudowanie potencjału własnych sił zbrojnych. Oznacza to, że nie bardzo są szanse na „śmiałe gesty” Zachodu wobec Rosji czy Białorusi. Wszelka odpowiedź na działania Wagnerowców będzie zatem z konieczności ograniczona i mało spektakularna. Na tyle ograniczona i na tyle mało spektakularna, że w niczym nie powstrzyma Łukaszenki czy Putina.
Czas działa też na korzyść Rosji w wymiarze międzynarodowym. Oczywiście – zmiana sytuacji globalnej z jednej strony pozycję Rosji osłabiła wobec takich potęg jak Chiny czy Indie, ale z drugiej – pozwoliła na jej wyraźne sprofilowanie jak „anty-Zachód” i dyskontowanie ogromnego potencjału antyzachodniego resentymentu w tzw. III Świecie.
Tutaj mała dygresja. Jeszcze do niedawna mieszkańcom krajów globalnego południa Zachód wydawał się potężny, mocarny. Dziś wydaje się już przede wszystkim niezrozumiały, kulturowo obcy. Nadal atrakcyjny, ale raczej… jako zdobycz, a nie jako partner w polowaniu. Zamieszczam tytułem komentarza dwa filmiki. Na jednym widać przemówienie Juliusa Malemy – przywódcy trzeciej siły politycznej w RPA: czarnych nacjonalistów z Ruchu Bojowników o Wolność Gospodarczą. Na drugim widać nastroje w Niamey, stolicy Nigru, gdzie dopiero co wojskowi przeprowadzili zamach stanu, a tłum zaatakował francuską ambasadę. W obu przypadkach widać pełną identyfikację z Rosją i Putinem.
Można to podsumować tak, że o ile duże, aspirujące do mocarstwowości kraje globalnego południa, takiej jak Indie czy Brazylia, wykorzystały chwilę rosyjskiej słabości do podniesienia własnej pozycji międzynarodowej, to kraje słabe i zależne coraz chętniej wiążą swoją przyszłość z Rosją i Chinami, a nie z Zachodem. Tak samo przybywający na Zachód imigranci z Afryki w coraz mniejszym stopniu widzą Europę jako miejsce, w którym będą musieli znaleźć się, dostosowując do miejscowych warunków, a w coraz większym, jako obszar specyficznej pojętej rekonkwisty i rewanżyzmu. Postawy przyjmowane przez środowiska afrykańskich imigrantów w Europie coraz częściej dają się zamknąć w dyskursie ideologii „woke”, gdzie już „na wejście” nowoprzybyli widzą siebie jako równoprawnych obywateli, których poglądy i preferencje powinny w równym stopniu kształtować europejską politykę i kulturę, jak poglądy i preferencje rdzennych mieszkańców, a właściwie nawet trochę bardziej, gdyż ci ostatni nacechowani są rasizmem.
Na przykład we Francji pierwsze skrzypce gra tu Rokhaya Diallo – dziennikarka, pisarka i popularna osobowość medialna. Rokyana Diallo urodziła się we Francji, lecz jej rodzice byli pochodzenia zachodnioafrykańskiego (Senegal, Gambia). Promuje nad Sekwaną radykalną formę polityki tożsamościowej podważającej właściwie wszystkie podstawy charakterystycznie francuskiego ekscepcjonalizmu a w szczególności uświęcone tam laickość państwa i „neutralność rasową”.
W szczególności, w licznych wypowiedziach Rokhaya Diallo podkreśla, że stosunek Europejczyków do wojny na Ukrainie jest ewidentnym symptomem rasizmu, gdyż „konflikty w Afryce nie budzą tu aż takiego zainteresowania” a pozytywny stosunek do uchodźców z Ukrainy pokazuje „jak na dłoni” systemowy rasizm Europejczyków budujących zapory przed migrantami z globalnego południa. Jej zdaniem wszechobecna dyskryminacja i rasizm są po prostu integralną częścią europejskiej kultury i nie da się tego zmienić, nie wywracając tej kultury do góry nogami… Przede wszystkim zaś, Europa musi porzucić myślenie o sobie jako o kontynencie białych ludzi… Rzecz jasna, analogiczny postulat nie dotyczy Afryki…
Oczywiście, nie jest tak, że wszyscy nowoprzybyli do Europy migranci z Afryki mają takie poglądy, lecz bardzo szybko uczą się, że ubrani w taki kostium światopoglądowy mogą w nowym kraju ugrać najwięcej, gdyż wobec rosnących notowań Ruchu Narodowego o głosy imigrantów zaczęły pilnie zabiegać wszystkie partie głównego nurtu i wszystkie chcą im coś zaproponować, co oczywiście w jeszcze większym stopniu podkręca rosnące nastroje antyimigranckie. Doskonale korzysta na tym Putin, gdyż właśnie radykalnie antyimigrancki Ruch Narodowy Marine Le Pen jest najbardziej prorosyjską partią we Francji.
Podobnie rozwija się sytuacja w Niemczech, gdzie lawinowo rośnie pozycja polityczna ultraprawicowej partii AfD a zwłaszcza jej radykalnego skrzydła pod przywództwem Bjorna Höcke i Andreasa Kalbitza. Co ciekawe, politycy ci jawnie zgłaszają możliwość utworzenia pewnej „koalicji wspólnych celów” z komunistami z Die Linke, a zwłaszcza z frakcją skupioną wokół Sary Wagenknecht. Obie partie wykazują tu bardzo silną wolę złamania „konsensusu atlantyckiego”, odtworzenia silnych więzi z Rosją a w szczególności odtworzenia partnerstwa surowcowo-energetycznego i powstrzymania dezindustrializacji Niemiec spowodowanej europejską polityką klimatyczną. Obie partie charakteryzuje też specyficznie pruski antypolski resentyment i obie zwyżkują na popularności w Niemczech w miarę trwania wojny na Ukrainie.
Również w USA przez miniony rok bardzo wzrosły nastroje izolacjonistyczne, a polityka prezydenta Bidena jest krytykowana z obu stron: raz, że niepotrzebnie wszedł w konflikt z Rosją, kiedy prawdziwym wyzwaniem są Chiny a dwa, że jak już wszedł w konflikt z Rosją, to nie umie go wygrać i przeciąga go w nieskończoność kosztem amerykańskiego podatnika.
Nawet jeśli ugrupowania głównego nurtu będą w stanie zablokować udział prorosyjskich ugrupowań radykalnych w rządach we Francji i w Niemczech, to w realiach demokratycznych nie będą w stanie zupełnie zignorować przesuwających się nastrojów społecznych. Skutkiem tego będą rosnące naciski na Polskę i Ukrainę, aby jakiś zgniły kompromis wynegocjować. W szczególności, wszystkie armaty zostaną wytoczone przeciw Polsce, która po prostu do tej układanki nikomu nie pasuje. „Starej” Europie nie podoba się, że traci marże na rzecz rosnącej szybko polskiej gospodarki. Lewicy, że rządzi tu prawica. Liberałom, że wojna wzmacnia „faszystowskie” nastroje w Europie. Przemysłowcom, że nie mogą importować tanich surowców z Rosji, Ukraińcom – że nie mogą swobodnie eksportować produktów rolnych, Rosjanom – bo podgryzamy ich interesy w limitrofach. Niemcom – bo rozpychamy się w ich „Mitteleuropa”. Francuzom – bo jesteśmy amerykańskim „koniem trojańskim”…
W takim kontekście należy widzieć ostatnie wypowiedzi liderów Opozycji na temat obecności Wagnerowców na naszej wschodniej granicy.
Zostaw komentarz