Uważam, że jedym w poważniejszych problemów w debacie na temat ochrony przyrody – także w kontekście zabezpieczania przed powodzią jest asymetria w zakresie rozliczania kosztów.

Mam na myśli to, że „przyrodnicy” wypracowali całe złożone instrumentarium wyliczania „ukrytych kosztów” inwestycji ingerujących w przyrodę, które w mocno kontrowersyjny, moim zdaniem, sposób zwięszkają ich „koszt środowiskowy” do ogromnych rozmiarów, pomniejszając równocześnie do imentu wynikające z nich korzyści.

Te ostatnie są na ogół liczone wyłącznie w zakresie obejmującym tzw. cel bezpośredni (np. w przypadku żeglugi na Odrze mierzony jedynie tonażem obrotu towarowego) a pomija wszystkie inne aspekty „ogólnorozwojowe” związane z obsługą tego transportu, długofalowym rozwojem przedsiębiorczości w regionie i wynikającyych ze związanymi z tym zmianami strukturalnymi.

Tymczasem te pierwsze są liczone tak, żeby wykazać wszystkie możliwe straty – a to np. w postaci zmniejszenia potencjału pochłaniania gazów cieplarniarnianych, a to mniejszego potencjału rybołóstwa (bo rybom będzie trudniej wędrować), a to w postaci rzekomo większej śmiertelności ludności na terenach „nieekologicznych”, przyszłych suszy, powodzi, gradobicia, i Bóg jeden wie, czego jeszcze.

Ponadto, u ekologów dominuje bardzo „myślenie globalne” – nawet w skali kraju. Ktoś napisał jako argument przeciw gospodarce leśnej:

„Nawet najdroższa kłoda bukowa, jaworowa, czy dębowa to nie jest materiał na którym można oprzeć nowoczesną konkurencyjną gospodarkę. Nie nałożymy na nią takiej marży jaką byśmy chcieli, bo i na Słowacji, na Białorusi, a nawet w Albanii może wyrosnąć lepsza kłoda.”

Widać tu jak na dłoni utajony system „centralnego planowania”: jakiś wielki państwowy mózg ma zdecydować, że skoro gdzieś tam może wyrosnąć „lepsza kłoda”, to my w Polsce już własnego drewna nie potrzebujemy. Tego, że chociażby już w pierwszym etapie przetwórstwa tego drewna jest zaangażowane ponad 6,5 tysiąca tartaków, które są ważnym miejscem zatrudnienia dla lokalnych społeczności już tego pana nie interesuje. Po co w Polsce tartaki? Przecież na Słowacji, na Białorusi czy nawet w Albanii mogą trzeć drzewo lepiej i taniej! A tego, że drewno jest dla gospodarki surowcem stategicznym, tego już w ogóle „ekologowie” nie ogarniają. Przypominam, że pomimo importu pewnych segmentów drwna, polski przemysł meblarski i papierniczy w 90% korzystają z surowca pozyskiwanego przez Polskie Lasy Państwowe!

Efekt tego jest taki, że w opini publicznej, zwłaszcza tej wielkomiejskiej, która standardowo ma w „głębokim poważaniu” rozwój polskiej prowincji i od lat opowiada się za tzw. polaryzacyjno-dyfuzyjnym modelem rozwoju kraju, panuje przekonanie, że „ochrona przyrody” jest najtańszym i najprostszym sposobem zapobiegania wszelkim katastrofom a wszelka technika – to tylko zbyteczne koszty, które i tak nie przełożą się na żadne korzyści.

Zalejmy pół Polski – niech się rzeki rozlewają – ale, oczywiście – nie tam, gdzie oni mieszkają!

Rolnictwo? – Najlepiej tylko te „organiczne”, bo ich stać na to, żeby za główkę kapusty płacić nie dwa, ale osiem złotych.

Turystyka w Polsce? – Oczywiście tylko ta „ekologiczna”, bo jaśnie państwo i tak lata na Malediwy.

Gospodarka leśna? – Skandal – tylko tną i wysyłają tarcicę do Chin. Jaśnie państwo kupuje drewno egzotyczne, bo lepsze od naszego a biedota niech buduje domy ze słomy – tak zdrowiej!

Przemysł? – A po co tu przemysł? Jaśnie państwo i tak kupuje wyłącznie luksusowe dobra importowane… A przynajmniej usilnie stara się robić takie „prestiżowe” wrażenie.

Jednym słowem, wielkomiejscy „uśmiechnięci” wyborcy wytworzyli „zielony” światopogląd, który umniejsza wszelkie korzyści rozwojowe a maksymalizuje koszty ekologiczne. Ostatecznym argumentem jest oczywiście, że jak nie postawimy wszystkiego, aby ratować przyrodę, to wszyscy umrzemy zabici przez zmianę klimatu.

Wyraża się to teraz w dominującej narracji, że zapobiegająca powodziom hydrotechnika może być wyłącznie „ostatnią rubieżą”.

Przecież „żadna zapora i żaden zbiornik nie uratują nas przed większą wodą, niż zaplanowano!”

Tego, że żaden las i żadne mokradło też nie uratują nas przed „większą wodą niż zaplanowano” już się nie mówi.

Mamy zatem ogromną polaryzację opinii publicznej i brak woli kompromisu. Po obu stronach, z resztą – gdyż druga strona ma skłonność do kompletnego bagatelizowania wymogów przyrodnicznych i forsowania „betonozy i wielkiego cięcia” bez oglądania się na głosy środowisk proekologicznych.

Tymczasem potrzebna jest racjonalizacja tego dyskursu a to może się odbyć wyłącznie na gruncie określenia długoterminowych celów rozwojowych kraju. Polska musi tu być w stanie działać w oparciu o własną rację stanu a nie podlegać bezwarunkowo celom i ideom kształtowanym na poziomie Unii Europejskiej. Okiem Brukseli może być nawet super-fajnie, jeśli europejski przemysł zostanie skoncentrowany w dolinie Renu a „wschodnie rubieże” zostaną jednym wielkim skansenem agroturystyki i ostoją dzikiej przyrody. Z takiej perspektywy wszystko się przecież wspaniale spina! Wystarczy wznieść się poza poziom „narodowych egoizmów”…

Jednak takie cele nie przystają do ambicji i oczekiwań ogromnej rzeszy Polaków, którzy inaczej widzą swoją przyszłość i miejsce kraju na mapie międzynarowowej.

Jednak w Polsce po prostu systemowo brakuje planowania strategicznego. Zaczyna się to już na poziomie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, których 70% gmin w kraju po prostu nie posiada, a kończy na poziomie rządowym – obecna ekipa wydaje się, że nawet nie widzi takiej potrzeby. Usatysfakcjonowana „odzyskaniem” unijnych dotacji, tnie wszystkie inwestycje określając je mianem „megalomanii” odziedziczonej po poprzedniej ekipie.

Nawet tam, gdzie rząd deklaruje „wolę” kontynuacji projektów – jak w przypadku terminalu kontenerowego w Świnoujściu – wciąż zachodzi obawa, że z powodów politycznych władza ugnie się przed żądaniami niektórych koalicjantów i w jakimś stopniu „przytnie” planowane zamierzenia tak, że zaplanowana funkcja będzie mogła być zrealizowana jedynie w ograniczonym zakresie. Przypomnam, że np. do obu szwedzkich portów w Cieśninach Duńskich: Goeteborga (czwarty pod względem przeładunków bałtyckich, 914 000 TEU) oraz Helsingborgu (dziesiąty pod względem przeładunków bałtyckich, 235 017 TEU) dochodzą dwie autostrady i dwie magistrale kolejowe, podczas gdy do Świnoujścia prowadzi jedna droga ekspresowa S3, notorycznie zakorkowana na odcinku Goleniów-Szczecin, oraz jedna linia kolejowa nr 273 do Wrocławia (tzw. Nadodrzanka, która na odcinku Szczecin-Świnoujście nosi numer 411), która wymaga przebudowy i modernizacji. Zgodnie z niedawnym porozumieniem z Unią Europejską modernizacja ta ma być wykonana w terminie do 2040 r. Rząd nic nie mówi o koordynacji tych planów z zaplanowaną budową terminala kontenerowego w Świnoujściu, która ma się zakończyć 12 lat wcześniej, w roku 2028. Zauważam też, że zaplanowane parametry techniczne tej linii (możliwość prowadzenia pociągów towarowych z prędkością przynajmniej 100 kilometrów na godzinę) nie powalają. Wypada się cieszyć, że na przełomie 2023/24 roku udało się zakończyć modernizację linii E59 między Poznaniem a Szczecinem.

Podobnie jest w przypadku portów w Zatoce Gdańskiej. Pod koniec sierpnia w stan upadłości postawiona została spółka Terminal Intermodalny Bydgoszcz Emilianowo, która miała realizować ważny komponent wyprowadzający ruch z tych portów. To nie jest wiadomość, która „przebiła się” do mediów, ale pokazuje jak mają się sprawy. Doskonała lokalizacja u zbiegu strategicznych korytarzy drogowych i kolejowych uczyniłaby terminal intermodalny w Emilianowie istotną częścią zaplecza lądowego portów morskich w Trójmieście, co umożliwiłoby przeniesienie części towarów z dróg na tory. Przygotowania do realizacji zadania były wysoce zaawansowane. Uzyskano już decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach, przygotowane zostały również materiały niezbędne do złożenia wniosku o dofinansowanie z funduszy europejskich.

Nie twierdzę przy tym, że rząd KO „nic nie robi”, ale w tym co robi brakuje „helicopter view”, czyli właśnie wizji strategicznej.

Uważam, że polska prawica powinna przesunąć punkt ciężkości swojej komunikacji z nieustannego „łapania się” takich czy innych uchybień technicznych obecnej władzy, ale zacząć poważnie punktować właśnie te strategiczne zaniedbania. Polacy mają prawo domagać się od swojego rządu czegoś więcej niż tylko „administrowania” państwem w zakresie realizacji wytycznych unijnych. Teoretycznie rząd pracuje nad dokumentem „Koncepcja Rozwoju Kraju do r. 2050”, ale póki co jest to stek frazesów w rodzaju: „Wyłanianie się nowej gospodarki”, „Przyspieszenie technologiczne”, „Wzrost globalnych problemów społecznych” itd. a jego największą częścią jest… „Prognoza oddziaływania na środowisko”. Moim zdaniem jest to zatem przede wszystkim dokument analityczny a nie planistyczny. Zarazem jednak – jest tam bardzo wyraźnie podkreślone, że to właśnie „Środowisko naturalne ma być podstawą rozwoju kraju” i wskazano:

„Produkcja żywności przejdzie prawdziwą rewolucję i zostanie oparta na najnowszych technologiach, takich jak wykorzystanie owadów do produkcji żywności, mięso hodowane komórkowo czy GMO (jednocześnie gwarantując dostęp do tradycyjnej żywności, chociaż stanie się ona dobrem luksusowym).”

Wyraźnie podkreślono tam też założoną rosnącą asymetrię między poziomem rozwoju miast a obszarami wiejskimi.

Myślę, że warto, aby prawa strona już teraz zaczęła się do tego dokumentu (czytaj) jakoś odnosić. W sposób cichy, bez rozgłosu obecny rząd planuje bowiem coś, czego chyba nie wszyscy obywatele naszego kraju sobie życzą.