A mnie się wydaje, że to wcale nie jest błąd!
„Krym jest symbolicznie ważny dla Rosji, a zwłaszcza dla Władimira Putina, ale i strategicznie ważny dla Ukrainy. Nie widzę więc możliwości osiągnięcia porozumienia bez demilitaryzacji Krymu” – miał powiedzieć min. Radosław Sikorski.
– Moglibyśmy przekazać go (Krym) pod mandat ONZ z misją przygotowania uczciwego referendum po zweryfikowaniu, kto jest legalnym mieszkańcem i tak dalej… I moglibyśmy odłożyć to na 20 lat – ocenił Sikorski, cytowany przez agencję Interfax-Ukraina.
Nasi eksperci łapią się za głowy. Najłagodniejsze oceny, jakie się pojawiają wśród nich, to ta, że wypowiedź ministra należy uznać za „niefortunną”.
Czy na pewno?
Krzysztof Bosak niedawno tak komentował zamieszanie na linii Sikorski – Zełenski:
„1. Z perspektywy Kijowa Polska nie jest szczególnie istotna. Kijowska elita poświęca moim zdaniem Polsce znacznie mniej uwagi niż warszawska elita Ukrainie (także przed wojną). Tak więc to nie tylko problem niewiedzy, ale niskiego priorytetu.
2. W systemie sowieckim, który kształtował i polskie i ukraińskie elity w drugiej połowie XX wieku, Ukraińcy należeli do wyższego i bardziej zaufanego kręgu. Uczestniczyli dzięki temu w uprawianiu polityki szczebla globalnego (zimna wojna), a Polacy tylko regionalnego. W Polsce brak sprawczości zastępowały inteligenckie rozważania, a tam uczono się polityki siły. Ta różnica doświadczeń nałożyła się na wcześniejsze różnice historyczne i ukształtowała dwie różne kultury polityczne (oczywiście była także masa innych czynników (np. system oligarchiczny), które o tym przesądzały). Rezultat jest taki że dla Kijowa realizm i polityka siły to domyślny model, a dla Warszawy idealizm, demokratyczny misjonizm i inteligencki dialogizm były domyślnym modelem. Ukraińskie elity były i są przekonane, że grają o ligę wyżej (a bogactwo częściej ukraińskich polityków sprawia, że faktycznie grają o ligę wyżej), a specjalny sposób traktowania Ukrainy w czasie wojny jeszcze ten stereotyp wzmocnił. Kijów nie chce Warszawy ani w roli przewodnika, ani odźwiernego do UE, ani starszego brata.
3. Na gruncie powyższej ukraińskiej kultury polityka Polski w czasie wojny wydaje się głęboko nieracjonalna. Moim zdaniem jako jej domyślne wyjaśnienie przyjęto, że Polska robi nie tyle to co chce a to co musi, czyli to co każą jej Amerykanie. Sprawa ustawy o IPN, która zahaczyła i o Kijów i o Waszyngton, uwiarygodniła ten stereotyp. Bezwarunkowe wejście w rolę hubu i rozbrojeniowe prymusostwo także. Warto pamiętać, że Kijowskie elity (w tym sam Zełeński) mają często doświadczenie społeczne i biznesowe w którym Ukraina i Rosja się splata. Nie ma więc powodu by również w ich umysłach rosyjskie stereotypy interpretowania polskiej pozycji międzynarodowej nie odgrywały istotnej roli.”
Jeśli Bosak ma rację, to elita ukraińska myśli mniej więcej tak:
Polska to nie jest żaden przyjaciel. Dają nam broń i pomagają, bo to jest w ich interesie. Gdyby interes był inny, to by pewnie nam Lwów odebrali.
Polska to pudel USA i nie z Polską należy rozmawiać. Wobec Polski można prowadzić politykę siły.
Szanowni Państwo, nie byłem na Ukrainie dłużej niż 2 dni, ale ponad dwa lata mieszkałem w Moskwie. Można w to wierzyć albo nie wierzyć ale przeciętny Rosjanin myśli imperialnie. W tym myśleniu charakterystyczne jest to, że przyjaciele nie istnieją. Owszem mówimy o kimś, że to przyjaciele ale tylko po to, żeby uśpić tego kogoś czujność i wykorzystać przy najbliższej okazji. A potem, jakby nigdy nic nadal nazywać go przyjacielem!
Czy Ukraińcy, tyle lat wychowywani w systemie rosyjskim, nie myślą podobnie?
Czy nie z podobnymi postawami Ukraińców spotkaliśmy się w Polsce? Czy nie spotykaliśmy postaw roszczeniowych, nie czuliśmy, że ktoś nam do domu z brudnymi butami na świeżo wyprany dywan wchodzi? Dzielnie to znieśliśmy, ale nie obyło się bez zgrzytania zębów.
Ktoś pomyśli: no dobrze, przeciętni Ukraińcy są, jacy są, ale chyba elity tego narodu są inne!
Obserwując ich stosunek do Polski i Polaków chciałoby się rzec, że pewnie tak jest.
Ale rozum na to nie pozwala. Owszem, wykonali w naszym kierunku jakieś gesty, które ich niewiele kosztowały. Nawet wprowadzili ustawę zrównując nas w prawach (poza politycznymi, co naturalne) ze sobą. Ale to także ich nic nie kosztowało, a poza tym ustawę zawsze można zmienić.
Wiedzą co jest niezaleczoną raną we wzajemnych stosunkach, ale robią wszystko, żeby się ta rana nie zabliźniła. Bo kiedyś może być jeszcze przydatna jako narzędzie. W polityce trzeba myśleć na chłodno.
Wydaje się więc, że stosowany do tej pory przez elity w Warszawie język przyjaźni nie może wpłynąć na taką postawę. Ukraińcy go nie zrozumieją (a na pewno nie tak, jakbyśmy tego chcieli), a nawet instynktownie będą się go bać. Że może podstęp jaki.
Wydaje się więc słusznym, że język ten trzeba zmienić. Przyjaźni nie można oferować za bezdurno. Za naiwność w polityce międzynarodowej trzeba słono płacić.
Dlatego język Sikorskiego to próbka tego, jaką postawę Polska może zająć w niedalekiej perspektywie. Niech Ukraińcy myślą. Niech się zastanowią. Bo może jednak trochę pomylili się w ocenie Polski i Polaków?
Zostaw komentarz