Zawsze wierzyłem, jeszcze w czasie kampanii prezydenckiej, że Polska potrzebuje dziś prezydenta twardego. Człowieka z kręgosłupem, odpornego na presję, który nie pęknie pod naporem politycznych i medialnych ataków. Pisałem wtedy: przy takim rządzie Tuska i tej jego całej ekipy i przy tak brutalnej polaryzacji życia publicznego głowa państwa musi być fighterem. Kimś, kto potrafi stać na straży interesu państwa nawet wtedy, gdy spadają na niego kolejne fale krytyki, hejtu i medialnych obelg.

Dlatego właśnie wierzyłem, że takim prezydentem może być Karol Nawrocki. Dziś, patrząc na kolejne miesiące jego prezydentury, trudno nie zauważyć jednego faktu: mimo atomowych ataków politycznych, chamstwa i permanentnej nagonki jego pozycja społeczna pozostaje silna i rośnie. Twarde dane pokazują coś, co wielu jego przeciwnikom zwyczajnie nie mieści się w głowie.

W rankingach zaufania do polityków prezydent regularnie jest na czele. W kraju tak spolaryzowanym jak Polska to wynik naprawdę znaczący.

Jeszcze ciekawsze są dane dotyczące młodego pokolenia. W niektórych badaniach poparcie dla prezydenta wśród młodych sięga nawet 72 procent. To odwraca stereotyp powtarzany przez część komentatorów, według którego młodzi wyborcy automatycznie odrzucają politykę zakorzenioną w wartościach i państwowej suwerenności.

Wizerunek prezydenta buduje też jego aktywność międzynarodowa i świetne relacje z prezydentem Stanów Zjednoczonych Donaldem Trumpem.

Dzięki prezydentowi Nawrockiemu Polska również może odgrywać poważną rolę w regionie. Jednym z kluczowych tematów rozmów jest projekt Trójmorza (Three Seas Initiative) – strategiczna koncepcja współpracy państw Europy Środkowej między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym.

To projekt o ogromnym znaczeniu geopolitycznym. Chodzi nie tylko o infrastrukturę i energetykę, lecz o budowę realnej siły regionu, który przez dziesięciolecia znajdował się pomiędzy wpływami większych graczy.

Nie miejmy złudzeń Tusk i jego proniemieckie rząd tym się nigdy nie zajmą.

Symboliczny był również wymiar dyplomatyczny wizyty w Stanach Zjednoczonych. Dużym zainteresowaniem mediów cieszyło się też spotkanie pierwszej damy z Melanią Trump. W dyplomacji takie gesty mają ogromne znaczenie, bo pokazują styl reprezentowania państwa i klasę jego elit. Tusk czy Sikorski są na marginesie tej polityki i się nie liczą.

Dlatego cała ta historia prymitywnych atakow ma w sobie pewien paradoks. Im więcej ich spada na prezydenta, tym bardziej rośnie poparcie.Widać, że duża część społeczeństwa widzi w nim człowieka stanowczego, odpornego i zdolnego reprezentować Polskę na zewnątrz na najwyższym poziomie.

Oczywiście hejt nie ustanie, bo tamta strona, aż gotuje się z nienawiści, gdy prezydent nie pozwala na ich nikczemne antypolskie interesy.I dziś największym problemem jego przeciwników, jest to, że mimo ciągłych nikczemnych ataków, nie są w stanie sprawić, by ludzie przestali mu ufać

.A tak na koniec przyszło mi do głowy: Czy Roman Polnord dalej liczy głosy?