Jeszcze kilka lat temu Berlin był przekonany, że Europa będzie wyglądała dokładnie tak, jak Niemcy sobie to wymarzyły. Gospodarka oparta na tanim rosyjskim gazie, polityczne przywództwo pod niemieckim nadzorem i Europa Środkowa mająca grzecznie wykonywać polecenia silniejszych. Polska miała być co najwyżej dużym rynkiem pracy i korytarzem transportowym. Nic więcej.
Tymczasem historia znowu zrobiła Niemcom psikusa.
Dziś ciężar bezpieczeństwa Europy przesuwa się na wschód. To Polska buduje największą armię lądową w Europie. To przez Polskę płynie realna pomoc militarna. To Warszawa coraz częściej rozmawia z Waszyngtonem jak partner, a nie petent. Rumunia rośnie w siłę na południu flanki NATO, państwa nordyckie zaczynają myśleć podobnie jak Warszawa, a Berlin patrzy na to z coraz większą irytacją.
Bo problem Niemiec polega na tym, że ich dotychczasowy model właśnie się kończy.
Nie da się jednocześnie budować europejskiego przywództwa i uzależniać kontynentu od Putina. Nie da się pouczać innych o demokracji, a później przez lata finansować rosyjską machinę wojenną miliardami euro. Dziś rachunek za tamtą politykę wystawia rzeczywistość.
I właśnie dlatego Berlin i proniemiecki rząd Tuska tak nerwowo reaguje na każdy sygnał wzmacniania Polski. Każde nowe porozumienie regionalne, każda wojskowa inwestycja, każdy amerykański gest wobec Warszawy jest odbierany jako zagrożenie dla starego układu sił.
Szczyt B9 nie jest jeszcze żadną nową „Unią północ-południe”. Ale jest symbolem zmiany. Pokazuje, że państwa naszej części Europy przestają wierzyć, że bezpieczeństwo można oprzeć na deklaracjach i eleganckich konferencjach. Tu, między Bałtykiem a Morzem Czarnym, politykę widzi się bardziej brutalnie i bardziej realistycznie.
Dlatego właśnie Niemcy się złoszczą. Nie dlatego, że Polska coś komuś zabiera. Problem polega na tym, że Polska przestaje pytać o pozwolenie.
A w europejskiej polityce to zmienia wszystko.Tylko ten Tusk do tej polityki nie pasuje.
Zostaw komentarz