Czyli o tym, ile rzeczywiście znaczymy w świecie.
Nieobecność przedstawiciela Polski podczas szczytu w Waszyngtonie z udziałem Trumpa, Zełenskiego oraz premierów państw tzw. koalicji chętnych uruchomiła pyskówkę między „dużym” i „małym” pałacem. Obie strony obwiniają się o to, że tego nie załatwiły. Ale spójrzmy na to z innej strony, ten brak naszego udziału może pokazywać, ile naprawdę się liczymy dla amerykańskiej administracji i światowych graczy z pierwszej ligi.
Może zaiste mniej niż Finlandia, która przy tym stole będzie?
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem hasło PiSowskiego rządu, o „wstawaniu Polski z kolan”, pomyślałem sobie – oj chłopaki, wstając walniecie solidnie łbem w sufit albo w blat negocjacyjnego stołu.
Doświadczycie na własnej skórze, co rzeczywiście znaczymy w Europie i na świecie.
W mig pokażą wam miejsce w szeregu co bardzo zaboli waszą megalomanię o Polsce jako supermocarstwie.
Prawda jest taka, że jesteśmy państwem średniej wielkości, zarówno pod względem terytorium, liczby ludności oraz PKB.
To prawda, że przez ostatnie ponad trzydzieści lat dokonaliśmy olbrzymiego skoku pod wieloma względami, ale jeszcze długo w Europie i dla USA liczyć się będzie trójkąt Niemiec, Francji oraz Wielkiej Brytanii.
To te dwa nadają główny ton w UE , a razem z Wielką Brytanią pod względem politycznym, ekonomicznym bardziej się liczą dla kolejnych lokatorów Białego Domu.
Nigdy nie będziemy regionalnym mocarstwem i choć coraz więcej liczymy się na arenie międzynarodowej, nieszybko dołączymy do wymienionego trójkąta.
I nie ma się co obrażać. Takie są realia.
Nie wiem kto zawinił, że nie ma nas na szczycie.
Nawrocki czy Tusk.
I nie obchodzi mnie to.
Ważne, jakie wnioski z tego faktu wciągną.
Bez zwalania winy jeden na drugiego bo to nie wzmacnia naszej, międzynarodowej pozycji, a ją osłabia.
Powinni usiąść za stołem i odpowiedzieć sobie na pytanie-
„No dobra, daliśmy ciała, co zrobimy by to więcej się nie powtórzyło”?
Zostaw komentarz