Życie akademickie, jak powszechnie wiadomo, nie ogranicza się wyłącznie do wykładów, badań naukowych, spotkań w ramach różnych rad i grup. I rozlicznych komisji do spraw czegoś i do spraw niczego. Akademicy żyją niejako w oderwaniu od rzeczywistości, którą gardzą i która wzbudza w nich wyłącznie odruchy wymiotne. Na tym między innymi polega wyższość środowiska akademickiego. W pewnym sensie tym sposobem kadra naukowa rekompensuje sobie brak podwyżek pensji.

W podziemiach gmachu głównego jest parking, na którym tylko niewielu parkuje, ale mało kto wie, że przy kotłowni, w samym środku parkingu znajduje się półlegalny ośrodek spotkań pracowników i pracowniczek. Siada się tam na rurach ciepłowniczych oraz na plastikowych kontenerach po piwie. W dobrym tonie jest zapalić papierosa bez filtra. Te z filtrem są bowiem dla słabych. Na zapleczu kotłowni mieści się minibar obsługiwany przez garbatego studenta. Dlaczego przez niech? Ano dlatego, że nikt go poza uniwersytetem nie chce i tu ulokował całe swoje życie. Sypia na rurach ciepłowniczych, na siennikach z odzysku. I jest bardzo zadowolony.

Zdarza się, zwłaszcza w środku tygodnia, że całkiem spora część kadry akademickiej gości w tym niezbyt legalnym przybytku. Toczone są wówczas znamienite dyskusje. Garbaty kelner serwuje herbate z prądem, mocną kawę-zabijaczkę, piwo Karpackie (mocne 9%) oraz wszelkie możliwe gatunki dobrze zmrożonej wódeczki. Wielu pracowników twierdzi, że pozostaje w pracy na uniwersytecie właśnie dzięki takim sytuacjom. Mówią, że świadczenia socjalne niby są, ale to tylko kasa, ale w podziemiach gmachu głównego na nowo odnajdują samych siebie. No i to, że można tam swobodnie zapalić i napić się. Niejeden i niejedna od czasu do czasu odchodzi na bok, żeby znajomym pochwalić się, że jest w takim wspaniałym miejscu. Szczęśliwie jednak nie ma tam zasięgu.

Wielu z nas, pracowników nauki, już dawno porzuciłoby swoją prace i przeniosło się do pracy w korporacji, gdzie są np. owocowe czwartki, gdyby nie ten bar w garażu podziemnym. Jest to miejsce, w którym wielu z nas poznało innych fantastycznych ludzi, ale też spojrzało innym wzrokiem na samych siebie. Najlepszym artystą był dziekan Wydziału Badań nad Przyszłością, któremu udało się po mocno zakrapianej imprezie skutecznie wezwać taksówkę do garażu.

Abstynenci i trzeźwi pracownicy od początku patrzyli z niechęcią na funkcjonowanie mimi-baru zupełnie pomijając swoją uwagą prospołeczne jego aspekty. Czasem zjeżdżali na dół i zapytani czy napiją się drinka bezalkoholowego, manifestacyjnie odmawiali. Inna rzecz, że poza alkoholem i papierosami nie było w nim czegoś bezalkoholowego. Musieli wtedy widzieć najznamienitsze postaci naszego uniwersytetu, jak na przykład dziekana Wydziału nad Badań Życiem Wewnętrznym oraz dziekana Wydziału Spraw Ogólnych, którzy rozłożeni na leżakach dyskutowali nad przyszłością akademii i świata.

Oj wy niebieskie ptaki, wykładowcy – zawołał z zacienionego kąta Kierownik Działu trzymając na smyczy czarnego kundla. – Nie jesteście tutaj do niczego potrzebni, darmozjady.

– Jakże to tak mówić? – rozgniewał się Dziekan Wydziału Badań nad Życiem? Tyle lat tu pracujemy, ja za dwa lata osiągnę wiek emerytalny.

– Ale te popijawy i palenie bezfiltrowych papierosów to w ramach wykładów czy po nich? – zapytał Kierownik Działu.

Atmosfera się zepsuła. Definitywnie.

– No w zamian wykładów, bo studenci nie chcą ich słuchać, a zmuszanie ich do nich jest nieludzkie – wybełkotał kierownik studiów (postać zanonimizowana). Mamy nagrania swoich wykładów i mogą oni je swobodnie w dowolnej chwili odsłuchiwać w aucie, w kiblu, gdziekolwiek – powiedział. Studenci i tak uważają te formę promocji wiedzy za bardziej atrakcyjną, gdy tymczasem my lubimy się tu spotykać.

Sytuacja przy barze robiła się niemiła. Kierownik Działu spuścił ze smyczy czarnego kundla, który oszczekując każdego z szacownych profesorów liczył na to, że sam Kierownik Działu pod koniec dnia kopnie go średnio dotkliwie. Bo kopie go codziennie ale z różnym natężeniem.