Moja opinia o wizycie Josepa Borella w Moskwie nie wszystkim przypadła do gustu. Inaczej na sprawę patrzy chociażby Michał Broniatowski z mojej własnej redakcji, albo – publikujący w bardzo od Onetu odległym portalu, a mianowicie TVP Info Grzegorz Kuczyński. Obydwaj panowie mają dużą wiedzę, obydwu szanuję i lubię i z równą przyjemnością się z nimi zgadzam, co i czasem – tak jak chociażby dzisiaj – spieram.

Skrytykowało mnie też jednak kilku moich ulubieńców z tak zwanego „środowiska eksperckiego”. Z ich krytyką mam, w przeciwieństwie do dyskusji z Michałem czy też Grzegorzem, pewien kłopot. A bierze się ten kłopot stąd, że pamiętam jak kilka lat temu dokładnie ci sami ludzie takich jak ja (i Michał i Grzegorz i wielu innych), którzy pisali o rosyjskim zagrożeniu wyśmiewali i nazywali oszołomami, szaleńcami oraz prawicowymi świrami. Dziś są zdania, że z Rosją należy rozmawiać co najwyżej przez telefon. I nic to, że jesteśmy w takim poglądzie de facto osamotnieni. Ja wówczas i obecnie uważam Rosję za poważne zagrożenie dla Polski, ale byłem i nadal jestem zdania, że trzeba z nią prowadzić dialog. Bo na tym polega polityka międzynarodowa i dyplomacja, że się rozmawia. Zawsze.

Niestety pamięć mam dobrą i pamiętam też jak liczni czołowi przedstawiciele „środowiska” kiedyś głosili, że jak Niemcy albo Francja coś proponują, to jest to z całą pewnością świetny pomysł i Polska powinna ów pomysł wspierać. Dzisiaj z kolei ci sami ludzie są zdania, że w ogóle nie powinno nas interesować co Berlin lub Paryż sądzą na temat relacji z Rosją, bo to, co uważają jest przecież zbyt głupie byśmy to brali pod uwagę (a jak można przy okazji dogryźć Niemcom to jest wręcz pożądane).

Pamiętam jak mówiono, że pomysły takie jak Trójmorze są z natury pozbawione sensu, bo przecież Litwa, Łotwa i Estonia nic nie znaczą. Teraz głos poparcia dla naszych pomysłów z tych samych krajów niemal równoważy w odbiorze moich ulubieńców to, że nie liczą się z nami w Berlinie i Paryżu. Ja byłem i nadal pozostaję za tym, by zacieśniać relacje w regionie, ale tak jak nigdy nie twierdziłem, że Trójmorze to cokolwiek więcej niż projekt, który może (za 20 lat, a i to tylko jeśli się uda) odegrać rolę co najwyżej suplementu do naszych głównych sojuszy, tak i dziś nie ulegam złudzeniu, że kiedykolwiek będzie to alternatywą dla bliskich relacji z najsilniejszymi państwami w Europie (ale może nas wzmacniać, gdy mamy z owymi najsilniejszymi różnice interesów).

Bylem zawsze proukraiński, ale byłem też zdania, że należy oczekiwać od Kijowa większej wrażliwości na naszą pamięć o Wołyniu. Liczni moi adwersarze kiedyś o Wołyniu nie mówili nic. Tak ca. w 2015 roku okazało się jednak, że ich dusze są „kresowe” i nagle Wołyń zajął w ich publicystyce czołowe miejsce.

Ja poglądów nie zmieniłem. Niektórzy z moich adwersarzy zmienili poglądy o 180 stopni. Głęboko ufam, że nie miało to związku z tym, że niegdysiejsze poglądy moi ulubieńcy głosili, gdy rządziła Platforma Obywatelska, a obecne, gdy rządzi Prawo i Sprawiedliwość.

Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)