Rozważanie o wspólnocie, zamkniętych drzwiach i sercach, które przestały się słuchać
Czasami zastanawiam się, w którym momencie ludzie, którzy przez lata żyli obok siebie, zaczynają stawać po przeciwnych stronach. Ludzie, którzy niegdyś chodzili do tej samej szkoły, mijali się na tych samych drogach, znają swoje rodziny, historie i codzienne troski. Ludzie, którzy przecież nie są sobie obcy, a mimo to coraz częściej patrzą na siebie z nieufnością.
W małych miejscowościach wszyscy w jakiś sposób się znamy. Wiemy, kto gdzie mieszka, czym się zajmuje, co udało mu się osiągnąć, a co nie wyszło. Znamy twarze, nazwiska i niejednokrotnie rodzinne historie. A jednak czasami właśnie tam, gdzie powinniśmy być sobie najbliżsi, najtrudniej nam się porozumieć.
Powstają grupy, podziały i niepisane granice. Jedni uważają, że mają rację, bo stoją przy kimś ważnym. Drudzy wierzą, że ich pomysł jest dobry, bo chcą coś zmienić, coś zbudować, zrobić coś dla wspólnego dobra. Każda strona ma swoje argumenty, swoje przekonania i swoje racje. I być może w każdej z nich jest coś, co warto usłyszeć.
Ale czy naprawdę chodzi już o to, żeby znaleźć najlepsze rozwiązanie? Czy czasami nie chodzi bardziej o to, żeby udowodnić, kto wygra, kto będzie miał ostatnie słowo i czyja racja okaże się ważniejsza?
A przecież społeczność nie jest miejscem, w którym ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł zwyciężyć. Wspólnota powinna być przestrzenią, w której możemy się różnić, a mimo to nadal potrafimy usiąść przy jednym stole.
Czy potrafimy jeszcze rozmawiać ze sobą, nie próbując za wszelką cenę pokonać drugiego człowieka?
Przychodzi mi na myśl obraz zasłony w świątyni, która została rozdarta. Rozdarcie, które oddziela, które pokazuje, że coś zostało przerwane. Podobnie bywa z ludzkimi relacjami. Czasami wystarczy jedno zdanie, jedna plotka, jeden nieprzemyślany gest, by pomiędzy ludźmi pojawiła się szczelina. Później przychodzą kolejne słowa, kolejne nieporozumienia i kolejne milczenia. W końcu szczelina staje się przepaścią.
I wtedy rodzi się pytanie: czy to, co zostało rozdarte, można jeszcze połączyć?
Myślę, że tak. Ale nie stanie się to samo. Nie wystarczy udawać, że nic się nie wydarzyło. Nie wystarczy uśmiechnąć się na ulicy, a za zamkniętymi drzwiami nadal pielęgnować żal. Potrzeba odwagi, pokory i gotowości, by uznać, że nie zawsze mieliśmy rację. Potrzeba także czasu, bo niektóre rany goją się powoli.
Może najtrudniejsze jest to, że każdy z nas wierzy w dobro. Wielu z nas mówi o Bogu, o miłości, o wartościach, o szacunku i wzajemnej pomocy. I słusznie. Ale warto czasami zadać sobie pytanie: czy to, w co wierzymy, naprawdę widać w naszym codziennym życiu?
Bo wiara nie sprawdza się wyłącznie w słowach. Sprawdza się w tym, jak traktujemy człowieka, który ma inne zdanie. W tym, czy potrafimy wysłuchać kogoś, kogo nie darzymy sympatią. W tym, czy umiemy powstrzymać osąd, zanim poznamy całą historię. I wreszcie w tym, czy potrafimy przyznać, że drugi człowiek może mieć rację.
Czasami nie brakuje nam dobrych intencji. Naprawdę chcemy coś zrobić, pomóc, zmienić rzeczywistość na lepszą. Ale nawet najlepsza intencja może stracić swój sens, jeśli przestajemy słuchać innych. Jeśli uznajemy, że skoro chcemy dobrze, to nie musimy już nikogo pytać o zdanie.
A przecież słuchanie nie oznacza zgody na wszystko. Oznacza jedynie, że drugi człowiek jest dla nas na tyle ważny, byśmy dali mu szansę powiedzieć, co myśli i dlaczego.
Czasami największym dowodem dojrzałości nie jest umiejętność przekonania kogoś do swoich racji, lecz odwaga, by naprawdę go wysłuchać.
Jest jeszcze jeden obraz, który nie daje mi spokoju. To drzwi.
Drzwi, które każdego dnia otwieramy i zamykamy. Drzwi naszych domów, mieszkań, rodzin i serc. Za jednymi z nich pokazujemy światu człowieka życzliwego, uśmiechniętego, gotowego do pomocy. Człowieka, który chce budować, działać i pozostawić po sobie coś dobrego.
Ale kim jesteśmy, kiedy te drzwi się zamykają?
Jak rozmawiamy z najbliższymi? Jak traktujemy współmałżonka, dzieci, rodziców, sąsiadów? Czy potrafimy przyznać się do błędu? Czy umiemy przeprosić? Czy może także w domu musimy mieć ostatnie słowo, udowodnić swoją rację i pokazać, że nikt nie może nam się sprzeciwić?
Nie zadaję tych pytań po to, by kogokolwiek osądzać. Zadaję je, ponieważ sam uważam, że każdy z nas powinien czasami zatrzymać się przed własnymi drzwiami i zajrzeć w głąb siebie.
Bo bardzo łatwo jest naprawiać świat, kiedy nie zaczynamy od własnego serca.
Łatwo ocenić sąsiada. Łatwo powtórzyć zasłyszane słowa. Łatwo odsunąć od siebie człowieka, o którym ktoś powiedział coś złego. Znacznie trudniej podejść, zapytać, porozmawiać i samodzielnie wyrobić sobie zdanie.
Ile relacji zostało zerwanych przez słowa, których nikt nie sprawdził? Ile znajomości zakończyło się dlatego, że uwierzyliśmy komuś, zamiast porozmawiać z osobą, której dotyczyła opowieść? Ile dobra nie wydarzyło się tylko dlatego, że zabrakło jednego gestu, jednego telefonu, jednego zwyczajnego: „Porozmawiajmy”?
A przecież czasami człowiek, którego dziś omijamy, jutro może być jedyną osobą, która wyciągnie do nas rękę.
Ostatnio, w swojej pracy duszpasterskiej, jeszcze mocniej uświadomiłem sobie, jak krucha potrafi być ludzka codzienność. Spotykając się z problemem osób w kryzysie bezdomności, pomagając w przekazywaniu żywności, ubrań czy potrzebnych rzeczy, zobaczyłem po raz kolejny, że za każdym ludzkim losem kryje się historia, której często nie znamy.
Bezdomność nie zawsze zaczyna się od uzależnienia. Czasami zaczyna się od utraty pracy, choroby, rozpadu rodziny, zadłużenia, samotności albo jednego trudnego wydarzenia, po którym człowiek nie potrafi już samodzielnie stanąć na nogi. Niekiedy zabrakło mu kogoś, kto podałby rękę we właściwym momencie. Niekiedy wszystko, co przez lata budował, rozsypało się szybciej, niż zdążył zrozumieć, co się dzieje.
Dziś ma dach nad głową, jutro może stracić wszystko. Dziś ma rodzinę, jutro może zostać sam. Dziś pomaga innym, a za jakiś czas sam może potrzebować pomocy.
Dlatego tak bardzo powinniśmy uważać, zanim ocenimy czyjeś życie. Nie znamy wszystkich okoliczności. Nie znamy wszystkich ran, lęków i decyzji, które doprowadziły człowieka do miejsca, w którym się znalazł.
Kiedy myślimy o pomocy osobom w kryzysie bezdomności, nie możemy ograniczać się wyłącznie do współczucia. Potrzebne są konkretne działania: bezpieczne miejsce do spania, ciepły posiłek, dostęp do higieny, wsparcie i realna droga do odzyskania samodzielności. Potrzebna jest współpraca ludzi, instytucji i lokalnych społeczności. Potrzebna jest cierpliwość, bo nie każdy problem da się rozwiązać w jeden dzień.
To trudna misja. Wymaga odpowiedzialności, rozsądku i wytrwałości. Ale wymaga też czegoś, czego nie da się zapisać w żadnym programie ani rozliczyć w żadnym sprawozdaniu: zwyczajnego ludzkiego serca.
I właśnie wtedy zadaję sobie pytanie: skoro potrafimy dostrzec cierpienie człowieka, który nie ma gdzie spać, czy potrafimy również dostrzec cierpienie człowieka, który mieszka tuż obok nas, ale od dawna żyje w samotności, nieufności i konflikcie?
Może ktoś, kogo codziennie mijamy, także potrzebuje pomocy. Nie materialnej, lecz tej najprostszej: rozmowy, życzliwości, poczucia, że nadal jest częścią naszej wspólnoty.
Bo można mieć piękny dom i zamknięte serce. Można mieć rodzinę, sąsiadów i znajomych, a mimo to żyć w samotności. Można mieć wszystko, czego potrzeba do codziennego życia, a jednocześnie stracić coś, czego nie kupi się za żadne pieniądze — wzajemny szacunek.
Nie wiem, czy każdą społeczność da się pojednać. Nie wiem, czy wszystkie rany można całkowicie zagoić. Są słowa, których nie da się cofnąć, i krzywdy, których nie da się naprawić jednym przepraszam.
Ale wierzę, że nawet wtedy, gdy nie potrafimy już wrócić do tego, co było, możemy spróbować zbudować coś nowego.
Nie musimy się ze wszystkim zgadzać. Nie musimy mieć identycznych poglądów ani wspierać tych samych inicjatyw. Nie musimy rezygnować z własnego zdania, by okazać drugiemu człowiekowi szacunek.
Musimy jednak nauczyć się rozróżniać człowieka od jego poglądów. Pomysł od osoby, która go przedstawia. Spór od nienawiści. Krytykę od upokarzania. Troskę o wspólne dobro od walki o własne zwycięstwo.
Możemy dyskutować. Możemy mieć wątpliwości. Możemy nawet powiedzieć sobie, że się nie zgadzamy. Ale nie musimy przy tym odbierać sobie wzajemnie godności.
Bo wieś, miejscowość czy lokalna społeczność nie składa się z dwóch, trzech ani pięciu grup. Składa się z ludzi. Z ich rodzin, wspomnień, codziennej pracy, trosk i marzeń. Każdy z nich jest częścią tej samej historii. I niezależnie od tego, kto ma rację w dzisiejszym sporze, jutro nadal będziemy mieszkać obok siebie.
Czy naprawdę chcemy, aby nasze dzieci uczyły się od nas, że różnica zdań oznacza wrogość? Że z człowiekiem, który myśli inaczej, nie warto rozmawiać? Że najlepiej zamknąć drzwi, odwrócić głowę i czekać, aż to on pierwszy wyciągnie rękę?
A może właśnie teraz jest moment, by pokazać im coś innego?
Że można się różnić i pozostać blisko. Że można popełnić błąd i mieć odwagę go naprawić. Że można nie zgadzać się z sąsiadem, a mimo to pomóc mu, kiedy będzie tego potrzebował. Że prawdziwa siła człowieka nie polega na tym, ilu ludzi udało mu się przekonać, lecz na tym, ilu potrafił potraktować z szacunkiem.
Jeśli mówimy o Bogu, o miłości i o wierze, to nie pozwólmy, aby pozostały one jedynie słowami. Niech będą widoczne w tym, jak ze sobą rozmawiamy, jak rozwiązujemy konflikty i jak traktujemy tych, którzy nie mogą nam nic zaoferować.
Może nie naprawimy wszystkiego od razu. Może nie każdy przyjmie wyciągniętą rękę. Ale pojednanie nie zawsze zaczyna się od wielkich deklaracji.
Czasami zaczyna się od zwykłego „dzień dobry”.
Od telefonu, na który od dawna się nie odważyliśmy.
Od rozmowy bez świadków, bez publiczności i bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.
Od słów: „Może spróbujmy jeszcze raz”.
A czasami od cichego pytania, które każdy z nas powinien zadać samemu sobie:
Czy ja naprawdę chcę pojednania, czy chcę jedynie, żeby to drugi człowiek przyznał mi rację?
Bo być może największym problemem naszej społeczności nie jest to, że mamy różne zdania. Być może problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy widzieć w drugim człowieku kogoś, z kim nadal możemy wspólnie budować przyszłość.
Nie pozwólmy, aby zamknięte drzwi stały się murem, którego już nikt nie będzie próbował przekroczyć. Nie pozwólmy, aby kilka sporów przekreśliło lata znajomości, wspólnej historii i zwyczajnej ludzkiej bliskości.
Nie musimy od razu stać się przyjaciółmi. Zacznijmy od tego, by nie być dla siebie wrogami.
A jeśli kiedyś przyjdzie nam stanąć przed Bogiem, to może nie zapyta nas wyłącznie o to, czy mieliśmy rację. Może zapyta również, co zrobiliśmy z człowiekiem, którego postawił na naszej drodze.
Czy go wysłuchaliśmy? Czy pomogliśmy mu wstać? Czy potrafiliśmy wyciągnąć rękę, nawet jeśli wcześniej nie było nam po drodze?
I czy, mając własny dom, własną rodzinę i własne miejsce na ziemi, pamiętaliśmy, że obok nas żyje drugi człowiek, który także pragnie być wysłuchany, zrozumiany i traktowany z szacunkiem?
Bo wspólnoty nie buduje się wyłącznie na wspólnych poglądach. Buduje się ją na wzajemnym szacunku, odpowiedzialności i gotowości, by mimo różnic pozostać ludźmi.
A może właśnie od tego powinniśmy zacząć — od otwarcia drzwi, za którymi tak długo ukrywaliśmy swoje żale, uprzedzenia i przekonanie, że zawsze musimy mieć rację.
Nie po to, by zapomnieć o wszystkim, co nas zraniło.
Lecz po to, by wreszcie dać sobie szansę na coś lepszego.
Bo dopóki potrafimy ze sobą rozmawiać, dopóty nie wszystko jest stracone.
Zostaw komentarz