Czyli mała prowokacja intelektualna.

„Miękkim podbrzuszem” demokracji jest to, że wykorzystują ją rozmaici gangsterzy polityczni do zdobycia władzy, a później, jej zmiany tak, by utrzymać się u niej utrzymać.

Hitler nie był pierwszym politykiem, który wykorzystał demokrację do zdobycia władzy.
A potem, w jej majestacie, zamienił ją na dyktaturę, której skutki odczuła cała Europa.

Na Węgrzech mamy Orbana, który po przejęciu rządów, tak „przebudował”, w majestacie prawa uchwalonego przez Fidesz, państwo, że można dziś spokojnie nazwać Węgry państwem quasi dyktatorskim.

Nie ma tam wolnych mediów, sądów, a konstytucję zmieniono tak, by Orban mógł wprowadzić wszelkie zmiany, które mu do głowy przychodziły.

I w Polsce mieliśmy też próbę przekształcenia państwa na wzór węgierski.
Za czasów PiS.

Skutki tej „twórczości” tria Kaczyński-Duda- Ziobro w wymiarze sprawiedliwości odczuwamy do dziś.
Paraliż sądów od Najwyższego do okręgowego.
Do tego tria ostatnio dołączył Nawrocki.

Winston Churchill mawiał – demokracja to fatalny system, ale lepszego nie wymyślono”.

Fatalny bo głos byle głąba liczy się tak samo jak głos kogoś rozumiejącego mechanizmy funkcjonowania państwa.
Co widać choćby po notowaniach Konfederacji Brauna, PiS czy Konfederacji.

Duży odsetek wyborców tych partii to ludzie ograniczeni intelektualnie.
Podatni na manipulację, fejki, spiskowe teorie oraz ksenofobię i różne „izmy”.
Gotowi kraść konie z Kaczyńskim, Nawrockim, Bosakiem i odporni na wszelką racjonalną argumentację.

Ale powróćmy do pytania postawionego w tytule.

Odpowiedź jest jedna.
Można, ale nie wolno.
Bo każdy inny ustrój ograniczałby prawa jednostki.

Co zatem możemy zrobić by demokracja nie zmieniła się nam w jakąś jej parodię?

Przede wszystkim kształtować świadomość obywatelską.
To taka szczepionka przeciwko chorobie zwyrodnienia demokracji.

Umożliwi ona dokonywania świadomych wyborów, by już nikt i nigdy, nie mógł nam zrobić Budapesztu w Warszawie.