W polityce europejskiej istnieje paradoks, którego wielu wyborców nie dostrzega. Mimo, że w wielu państwach rośnie poparcie dla partii prawicowych, konserwatywnych, to w Parlamencie Europejskim wciąż dominują środowiska liberalne i lewicowe. Nie jest to przypadek, lecz efekt systemu politycznego, który przez lata ukształtował się w taki sposób, aby utrzymać władzę w rękach lewicowo-liberalnych.
Od dekad scenę parlamentarną w Brukseli kontroluje nieformalny sojusz trzech dużych frakcji: Europejska Partia Ludowa, Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów oraz Odnówmy Europę. W retoryce często się różnią, jednak gdy chodzi o realną władzę, potrafią szybko znaleźć porozumienie. Dzielą między siebie najważniejsze stanowiska, przewodnictwa komisji i przez to mają wpływ na proces legislacyjny. W praktyce oznacza to jedno: kto nie należy do tego układu, ma znacznie mniejszy wpływ na podejmowane decyzje.
W takiej sytuacji znalazła się dziś europejska prawica. Nie dlatego, że brakuje jej wyborców. Problem polega na tym, że jest podzielona. Zamiast jednego silnego bloku funkcjonuje kilka odrębnych frakcji, między innymi Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy oraz Tożsamość i Demokracja. W wielu sprawach głosują podobnie, ale działają osobno. To rozproszenie sprawia, że ich potencjalna siła polityczna rozmywa się w praktyce parlamentarnej.
Istnieje także niepisana zasada, która dodatkowo osłabia część ugrupowań prawicowych. To tak zwany kordon sanitarny. Liberalne i lewicowe partie uznały, że z niektórymi środowiskami konserwatywnymi po prostu się nie współpracuje. Niezależnie od liczby mandatów i wyborców, których reprezentują, pozostają one poza głównym układem decyzyjnym.
Problem prawicy ma jednak także głębszy wymiar. Unia Europejska była budowana przez środowiska przekonane o potrzebie coraz większej integracji. Instytucje europejskie, od Komisji po Parlament, wyrastały z tej właśnie wizji. Partie, które mówią o większej roli państw narodowych i ograniczeniu kompetencji Brukseli, działają więc pod prąd dominującej logiki systemu.
Jest jeszcze jeden czynnik, o którym mówi się rzadziej. Prawica w Europie często wygrywa wybory krajowe, ale przegrywa politykę europejską, ponieważ myśli głównie kategoriami interesów poszczególnych państw. Każda partia walczy przede wszystkim o interes własnego kraju, zamiast budować wspólny front na poziomie całej Unii. Tymczasem liberałowie i socjaliści działają jak dobrze zorganizowana polityczna maszyna, podczas gdy prawica przypomina raczej zbiór oddzielnych drużyn.
Czy ten układ może się zmienić? Tak, ale pod jednym warunkiem. Prawica w Europie musiałaby zrobić krok, którego dotąd unikała: stworzyć jeden silny blok polityczny zdolny do wspólnego działania. W polityce liczą się liczby, dyscyplina i zdolność budowania większości. Dopóki konserwatyści pozostaną rozproszeni w kilku frakcjach, dopóty będą traktowani jak polityczny margines, nawet jeśli reprezentują miliony wyborców.
Zmiana jest jednak możliwa. W wielu krajach rośnie poparcie dla ugrupowań prawicowych, takich jak ruch Giorgii Meloni we Włoszech czy środowisko skupione wokół Marine Le Pen we Francji. Jeżeli te i podobne siły zdecydują się na realną współpracę na poziomie europejskim, układ sił w Brukseli może zmienić się szybciej, niż dziś wielu przypuszcza.
Na razie obowiązuje jednak prosta zasada. W polityce europejskiej nie wygrywa ten, kto ma rację. Wygrywa ten, kto potrafi się zorganizować. Europa nie zmieni się tylko dlatego, że wyborcy zmienią poglądy. Zmieni się dopiero wtedy, gdy prawica zrozumie, że w polityce siłę daje nie tylko racja, lecz także jedność i organizacja.Niestety to samo dzieje się w Polsce. Na koniec przypomnę jeden przykład.
Pamiętacie z historii
jak wyglądało dojście Hitlera do władzy?
W wyborach parlamentarnych w Republice Weimarskiej partia Hitlera, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników (NSDAP), nigdy nie zdobyła samodzielnej większości w parlamencie. W listopadzie 1932 roku była największą partią, ale miała około jednej trzeciej mandatów.
Mimo to 30 stycznia 1933 roku prezydent Niemiec, Paul von Hindenburg, mianował Hitlera kanclerzem. Stało się tak dlatego, że konserwatywne elity polityczne uznały, iż można go włączyć do rządu i kontrolować. Powstał gabinet koalicyjny, w którym oprócz nazistów byli także politycy konserwatywnej partii Niemiecka Narodowa Partia Ludowa.
W tamtym momencie wielu polityków uważało, że Hitler będzie tylko jednym z elementów układu i że system parlamentarny nadal będzie działał.
Co wydarzyło się później
Po pożarze parlamentu w lutym 1933 roku wprowadzono nadzwyczajne środki ograniczające prawa obywatelskie. Następnie uchwalono ustawę o pełnomocnictwach, która pozwoliła rządowi wydawać dekrety z pominięciem parlamentu. Dzięki temu Hitler mógł stopniowo likwidować opozycję i przekształcić system polityczny w dyktaturę.
Na tym przykładzie widać, że w polityce kluczowa jest organizacja i zdolność budowania układów władzy. Nawet jeśli ktoś nie ma większości i ma niecne zamiary może zdobyć realny wpływ, jeśli potrafi zbudować koalicję, bo często nie decyduje sama liczba wyborców, lecz zdolność do tworzenia trwałych bloków politycznych. Bez tego nawet duże poparcie społeczne nie zawsze przekłada się na realną władzę.Niemcy ,to zawsze rozumiały. Zrozumiał to też Tusk. Czy prawica to rozumie?
Zostaw komentarz