Tak. Znowu. Rumunia, a potem Mołdawia. Wymyślony przeze mnie oficjalny lekarz powiedział wprost, że to jest nie do zatrzymania. Że muszę tam jeździć, bo inaczej do reszty zwariuję. W Kiszyniowie jak mnie okradli i napadli, kupiłem Samsunga za 40 euro. |Jadę go reklamować, bo nijak nie da się go bez hasła odpalić. Pamiętam gdzie go kupiłem, więc nie odejdę zanim to coś będzie zdolne do złapania sygnału. Ten telefon, podobnie jak mój, był pewnie kradziony, ale szef powinien znać kody.

Do Rumunii lecę wizzolotem z Krakowa do Bukaresztu, na lotnisko usytuowane w pobliżu pól ornych. Głównie kukurydza. Ale kible mają OK, niedaleko jest też sklep z tanim alkoholem, na wypadek gdyby ktoś bała się latać. Wszak Ikar próbował i wiadomo jak to się skończyło. Dedal nie przemyślał do końca tematu.

Potem spotkanie z Razvanem, moim byłym studentem, pełnokrwistym Rumunem. Mam dwie godziny, żeby przebić się do Autogara Militari, skąd mam Flixbusa za… 8,5 zł za prawie 400 km do Suczawy. Powspominamy dawne, dobre czasy… W jakimś tanim barze w okolicy.

W Suczawie wysiądę z autobusu ok. 6 nad ranem. Gdybym palił, zapaliłbym papierosa, a ja tylko włożę ręce w kieszenie i będę przez jakiś czas poruszać się wokół własnej osi. No bo co o 6 rano można sensownie robić w Suczawie? Znacie Suczawę prawda?

Potem trzydniowa konferencja naukowa, w trakcie której wygłoszę 15-minutowy referat o tym jak w polskich mediach relacjonowano rumuńskie, przekręcone, wybory prezydenckie. Kilkanaście dni wcześniej miałem możliwość zapoznania się z George Simionem, który przepadł niestety w drugiej turze. Bo Soros i KE uruchomiły swoje siły nacisku. Rewolucja w Rumunii nie udała się.

Po konferencji w Suczawie, pojadę popołudniowym pociągiem do Bukaresztu, na Gara de Nord. To coś takiego jak Dworzec Wschodni w Warszawie pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Tam spotykam kumpli, z którymi jadę do Sybina (Sibiu) nocnym pociągiem. Na miejscu wynajmujemy samochód i robimy tzw. wielką pętlę karpacką tj. Transalpinę i Transfogaraską. Nie będziemy po trasie karmić niedźwiedzi. Gdyby nie miśki, to skimałbym się w górach pod gołym niebem. Teoretycznie, z uwagi na gabaryty, mógłbym udawać misia, ale wolę nie ryzykować, bo mam do zapłacenia rachunek za prąd i gaz. Sam się nie zapłaci.

Z Sybina Flixbusem do Bukaresztu. Z jakimiś dopalaczami, bo widoki po ½ drogi wprawiają w depresję. Z Gara de Nord wieczorem pociąg nocny, kuszetkowy do Kiszyniowa. Z poduszkami, kołdrami i itd. W Kiszyniowie ok. 9:00 rano. Jadę wtedy reklamować telefon, który tam kupiłem trzy miesiące temu. I nakarmić koty parówkami przed supermarketem. Zabytki i tzw. atrakcje turystyczne mnie nie interesują. Obejrzę je w internecie. Telefon i koty. Potem lotnisko i lot do Warszawy.

I koniec przygody. Niestety.