Chodziłem tą drogą, liczącą 2 km, wielokrotnie. Wysadzaną starymi jabłoniami i jeszcze wtedy brukowaną „kocimi łbami”, pozostałość po zaborze pruskim. Albo jeździłem rowerem, przez Klawek, do Falmierowa nad jezioro.
Przez długi czas myślałem, że osada nazywa się „Klawki” bo tak się powszechnie mówiło w moim, rodzinnym mieście.
Ale okazuje się, że nazywa się „Klawek”, od imienia osobowego Klawek czyli z łacińska „Nicolaus”.
Mikołaj znaczy się.
Od momentu założenia w XVI wieku była to osada młyńska.
Dziś licząca 50 mieszkańców.
Pierwsze wzmianki pochodzą z 1535 roku.
Założono wtedy, na rzece Łobżonce, młyn wodny o dwóch kołach.
Obecnie jaz i budynek dawnego młyna przerobiono na małą elektrownię wodną.
Moja trasa wiodła do młyna albo doliną Łobżonki albo wspomnianą drogą, nad jej prawym brzegiem.
Zależało to od pory roku i pogody.
Ta pierwsza, jest bardziej urokliwa, ale dłuższa i trudniejsza.
Zatrzymywałem się przy jazie na Łobżonce, a dokładniej, pod nim, gdzie pod osłoną mostu zapalałem małe ognisko i piekłem kiełbasę albo jadłem kanapki zrobione przez babcię.
Idealne miejsce na piknik podczas dłuższego spaceru albo przejażdżki rowerem do Falmierowa, nad jezioro.
To jakieś 7-8 km w jedną stronę, ale dla nastolatka, tzw. składakiem, był to spory dystans.
Do dziś pamiętam pachnącą tatarakiem i dziką miętą, chłodną wilgoć pod owym mostem.
Brodziłem po płytkiej wodzie rzeki i pod kamieniami oraz w wykrotach nadbrzeżnych drzew, szukałem raków.
Próbowałem też, na płyciznach, łapać rękoma ryby śmigające jak żywe srebro.
Ale nigdy nie złapałem ani jednej.
Dziś, w wyobraźni zainspirowanej wspomnieniami, czasami przemierzam drogę do Klawka ponownie.
Próbuję odtworzyć tamten jej widok i nastrój długiego spaceru nastolatka, który szukał swojego miejsca na świecie.
#Klawek #młyn #Łobżonka
Foto. Klawek, dawny młyn wodny
Dzień dobry. Bardzo dziękuję za poruszenie tego lokalnego i pięknego tematu. Po śmierci mojej Mamy stałem się współwłaścicielem domu i posesji w Klawku – przedstawionej na fotografii w Pana felietonie. Nie czas, aby teraz opisywać ogrom prac, jaki włożyliśmy w uratowanie tej nieruchomości od ruiny: zawalona frontowa ściana stajni, odbudowa tego pięknego budynku, cieknące dachy (włącznie z wodą wlewającą się do kuchni); ich naprawa, remont pomieszczeń… Dość by pisać. Historia młyna jest i piękna i smutna. W roku 1920 wydano dla naszej, polskiej rodziny Welsandt pozwolenie na odbudowę młyna po pożarze, mamy oryginały tychże dokumentów. W miejscowej społeczności stali się Welsandt’owie znani i poważani. Brali m.in. udział w budowie mostu na rzece Łobzonce. W czasie II Wojny Światowej młyn był zasiedlony przez Niemców, ale na szczęście rodzina powróciła na włości po zakończeniu wojny. Nie koniec to niestety trudnych czasów. Podczas powojennej nacjonalizacji dokonanej w latach 40-ych sam młyn został rodzinie odebrany, zaś pozostawiono im dom mieszkalny, budynki gospodarcze – razem z działką ziemi wokół niego. W poczuciu szacunku wobec lokalnej społeczności rodzina Welsandt dalej jednak pracowała w młynie jako pracownicy państwowi i choć zostali pozbawieni własności młyna dbali o niego, jak o swoje. Męscy potomkowie rodziny umarli szybko i dom zamieszkiwały dwie Ciocie: Józefa i Klementyna, które dożyły w spokoju swych dni i sędziwego wieku nie założywszy rodzin. W latach 90-ych, kiedy Rzeczpospolita oddawała mienie odebrane przy nacjonalizacji – z nieznanych nam przyczyn Ciocie zwrotu tego majątku nie przyjęły i młyn (jak i niektóre grunty należące pierwotnie do rodziny) stał się własnością osób spoza lokalnej społeczności. Wiem, że w pewnym momencie zakończono działanie młyna wstawiając tam turbinę wodną i młyn stał się hydroelektrownią. Obecnie i w tym zakresie nie działa, gdyż bieg Łobzonki skorygowano i sam budynek młyna rzeka omija. Jeśli będzie Pan w pobliżu – razem z żyjącym jeszcze ojcem gorąco zapraszamy do odwiedzin. Tata dokładnie pamięta wszystkie i wydarzenia i osoby z tej historii. Budynek jest przez nas zamieszkany, udało się nam go uratować. Warto zobaczyć stare izby z odnowionymi pięknie meblami – wszystko tak, jakby Ciocie nadal żyły i miały wejść z kubeczkiem kawy i pajdą chleba – z kuchni do izby. Pozostaję z szacunkiem. Jeszcze raz dziękuję.