Obserwuję sobie różne imprezy, na których wytwarzane jest rozumienie kobiecego piękna. Raz jest to Met Gala, raz rozdanie Oscarów, raz promocja filmu.

Teraz wzrok zainteresowanych tematem skierował się na rozdanie nagród Grammy. Tutaj, w przeciwieństwie do Oscarów, werdykt jury mnie zbytnio nie obchodzi, za to obchodzą mnie kreacje. Dla porządku nadmienię, że ubrania mnie interesują i nie uważam tego zainteresowania za dowód płytkości.

W moim rozumieniu elegancji ważne są swoboda i przyjemność z ubrania – ze względu na fakturę, kolor, fason. Z przerażeniem obserwuję popularność straszliwie niewygodnych ubrań, fetyszyzujących kobiece ciało i dosłownie sprawiających ból.

Program dla kobiet z czerwonego dywanu zdaje się wyglądać następująco. Należy wcisnąć swoje ciało w jakiś rodzaj zbroi, który wbije się a to pod żebra, a to w piersi, a to w kolce biodrowe czy w ramiona. Musi być przy tym widać piersi albo pośladki, najlepiej je w ogóle odkryć, boleśnie ściskając całą resztę ciała, ale można też nałożyć na nie coś przezroczystego lub ujawniającego anatomię. To też ma co najmniej uwierać, więc nie żaden luźno opadający tiul.

W tym roku wygrała sukienka zawieszona na kolczykach przebijających sutki oraz plastikowa zbroja w anatomicznym kształcie.

Patrząc na obie kreacje i starając się zrozumieć ich logikę – prowokacja, „żeby gadali” itd – myślę sobie o logice być może głębszej niż osobiste motywacje męczennic z własnej woli.

Widzę ją jako puszczenie oka do widza płci męskiej, który lubi, gdy kobietom jest niewygodnie i gdy je boli. Taki ma fetysz. Maszyna tortur, zwana „żelazną dziewicą”, tylko dodatkowo miejscami przezroczysta?

Wspaniały pomysł! Wszak kobietom zrobiło się w życiu zbyt wygodnie. Niech się pomęczą! A jeszcze najlepiej, żeby uznały to za spełnienie marzeń, w sensie, że trzeba naprawdę zasłużyć urodą i talentem na to, żeby mieć ubranie zawieszone na sutkach. Przy czym ta niewygoda drażni mnie znacznie bardziej niż odsłanianie ciała.

Nagość kojarzy mi się z wygodą, podniecanie kogoś – z przyjemnością. Dlaczego męskie ciała nie są tak męczone maszyneriami dyskomfortu? Czyżby takie przedstawienia służyły jako symboliczne odzyskanie władzy nad kobietami, której wymykanie się w codziennym życiu tworzy te osławione cierpienia mężczyzn, zwane ich „dyskryminacją”?

A może to po prostu uśmiech branży w kierunku następców Weinsteina, finansujących kariery młodych i nieco starszych kobiet? Któż to wie.

Autor: Dr Katarzyna Szumlewicz
Doktor pedagogiki, magister filozofii, adiunkt na Wydziale Społecznych Nauk Stosowanych i Resocjalizacji Uniwersytetu WarszawskiegoPedagożka i filozofka. W WSNSiR pracuje na stanowisku adiunkta. Badania Katarzyny Szumlewicz dotyczą teorii wychowania i są poświęcone przede wszystkim zagadnieniu emancypacji społecznej. Analizuje też literaturę piękną.