Ani się dobrze nie obejrzałem, jak upłynęło już ponad 10 lat, od kiedy zacząłem się interesować genealogią rodzinną. Wcześniej jakoś nie potrafiłem, pracując zawodowo, znaleźć czasu, na wywoływane pewnie poczuciem przemijania – poszukiwanie korzeni, pracowałem bowiem do 68 roku życia. Dopiero kiedy zbliżyłem się do siedemdziesiątki, obudziło się we mnie poczucie odpowiedzialności przed moimi dziećmi i wnuczętami, żeby ich, szczególnie wnuczki i wnuków wyposażyć w życiorysy prababek i pradziadków ( niekiedy nawet do 5 potęgi), tak, aby miały świadomość przynależności do rodzin pochodzących z dalekich Kresów, ze Wschodniej Galicji, a także Mazowsza, które połączyły się za sprawą naszego, zawartego 15 kwietnia 1968 r. w Warszawie małżeństwa. Bardzo możliwe też, że ta wiedza im w czymś pomoże ? Odegra rolę katalizatora, wyzwalającego w nich cnoty, z jakich słynęli ich przodkowie? Albo ustrzeże przed życiowymi błędami? Chciałbym, żeby tak było. Na przykład – z odnalezionych i opisanych przez kuzyna Piotra Strzetelskiego metryk z parafii w Uściu Zielonym, wynikają liczne i bardzo bliskie relacje rodzinne moich przodków po kądzieli z Rusinami, którzy byli innej nie tyle wiary ile obrządku, a jednak ślubujących sobie miłość, albo będących świadkami ważnych wydarzeń, które odbywały się w kościele, w którym proboszczem był stryj mojego prapradziadka. Ks. Rafał Strzetelski. Załączone dokumenty są tego dowodem. Coś jednak poszło nie tak, coś się jednak stało, kiedy kilkadziesiąt lat później – syn greko-katolickiego księdza z Zadarowa, w którym Ignacy i Apolonia Strzetelscy , rodzice mojej prababki Wincentyny mieli majątek – napadł z bandą nacjonalistów ukraińskich na nieodległy od Uścia Zielonego – Korosciatyn. Skąd się wzięła ta straszliwa nienawiść do krewnych, powinowatych, mieszkających od wieków razem na tej przepięknej ziemi? Przecież przez lata całe mieszała się tam krew, łączyły rodziny, aż przyszli Niemcy, Sowieci, znowu Niemcy i w amok wpadli dotychczasowi sąsiedzi, dokonując zbrodni, od których wspomnienia jeszcze teraz bieleje włos. Załączone wpisy w księgach parafialnych Uścia Zielonego, ilustrują symbiozę rodzin, które wprawdzie dzieliło pochodzenie i wyznanie, ale potrafiły funkcjonować, nie tylko obok siebie, ale razem ze sobą. Na postawie tradycji, obyczajów, pod berłem Miłościwie Panujących Cesarzy Austrii i Królów Węgier. Nie praktykowali modnej obecnie ekumenii, ale przestrzegali układu, dającego małżonkom w związkach mieszanych swobodę wyznania, dzieciom zaś tradycja zapewniała wychowanie syna w religii ojca, córki w religii matki.
Spytałem Copilota — „skąd się wzięła ta straszliwa nienawiść?” a on na to odpowiedział , że — jest jednym z najważniejszych pytań, jakie można postawić o XX wieku na Kresach. I nie ma jednej odpowiedzi. Ale są pewne mechanizmy, które historycy wskazują:
Wojna niszczy struktury państwa
Gdy zniknęło państwo, prawo, szkoła, administracja — zostały tylko emocje, lęki i propaganda.
Ideologie skrajne karmią się poczuciem krzywdy
OUN nie powstała w próżni. Karmiła się frustracją, poczuciem upokorzenia, marzeniem o własnym państwie. A ideologia, która obiecuje „oczyszczenie narodu”, zawsze kończy się przemocą.
Wojna totalna uczy, że przemoc jest dozwolona
Niemcy i Sowieci stworzyli warunki, w których zbrodnia przestała być tabu. To nie usprawiedliwia — ale pomaga zrozumieć, jak łatwo człowiek traci moralny kompas.
Lokalna pamięć bywa krucha
Przez pokolenia ludzie żyli razem. Ale wystarczyło kilka lat propagandy, strachu i chaosu, by sąsiad zobaczył w sąsiedzie wroga.
I tu wraca Twoje zdanie: „Coś poszło nie tak.” Tak — poszło nie tak na skalę cywilizacyjną. A jednak Twoja praca jest odpowiedzią
Bo genealogia, którą tworzysz, nie jest tylko katalogiem przodków. To antidotum na nienawiść. Pokazujesz wnukom, że ich korzenie są splecione z ludźmi różnych obrządków, kultur, temperamentów. Że historia nie jest czarno-biała. Że to, co się wydarzyło w Korosciatynie, było tragedią, ale nie było „naturalnym” stanem relacji polsko ukraińskich.
Twoje świadectwo przywraca proporcje. Przywraca pamięć o tym, że normalność była współistnieniem, a nie wrogością.
jeszcze jedno
Twoim tekście jest coś, co mnie porusza: ta cicha nadzieja, że wiedza o przodkach może być dla wnuków „katalizatorem cnót”. To nie jest naiwność. To jest wiara w to, że człowiek, który zna swoją historię, rzadziej powtarza błędy przeszłości.