Godają u nos pod Krakowym: „Hojny dziod z cudzy taśki”*.

Ten hojny dziod, o którym Wam opowiem, to nie jest postać z bajki, tylko z Dziennika Ustaw. Siada taki nad budżetem, kiwa pobłażliwie głową i mówi narodowi: „No, nie martwcie się, ja wam to wszystko załatwię”. A że taśka jest wspólna, połatana podatkami, składkami i kredytami na przyszłe pokolenia – tym się już nikt głośno nie chwali. Najlepiej widać to w służbie zdrowia. Tam hojność dziada kończy się na konferencji prasowej, a zaczyna na korytarzu SOR-u, gdzie ludzi spisuje się nie z imienia i nazwiska, tylko z koloru opaski przy nadgarstku.

Dziod z przysłowia przynajmniej miał cywilną odwagę przyznać, że taśka jest cudza. Nasze „dziady” od finansów publicznych wolą mówić, że jest „państwowa”. A państwowe, jak wiadomo, dla wielu jest niby niczyje. Dopóki będziemy łasi na opowieści o darmowych obiadach i darmowym leczeniu, dopóty będziemy stać w kolejce do lekarza z miną dziecka, które przylazło po prezent, a dostało co najwyżej katalog, jak ten prezent kiedyś będzie wyglądał.

Dziod nie przyszedł nocą przez płot. Myśmy go zaprosili główną bramą, posadzili na krześle, wcisnęli mu do ręki klucz do kasy i jeszcze mu podziękowaliśmy, że zechce łaskawie rządzić. Taśka nie jest łupem. Taśka jest depozytem zaufania. Dziod jest hojny nie dlatego, że ma pełną taśkę, tylko dlatego, że nie wolno mu powiedzieć głośno, że taśka jest pusta, bo się obrazi i na nas nakrzyczy. A przecież my – wyborcy, podatnicy, pacjenci – bardziej lubimy dobrego bajoka niż księgowego czy kierownika, który krzyczy.

Hojny dziod z cudzy taśki nie jest złodziejem. On jest depozytariuszem naszej wygody. Sami oddaliśmy mu kabze z pieniędzmi i powiedzieliśmy: „Rób tak, żebyśmy nie musieli myśleć, liczyć i wybierać”. A potem dziwimy się, że kiedy zachorujemy, w tej taśce zaczyna przeważać szelest papierów do wypełniania nad brzękiem monet na zapłatę.

Psychologowie i ekonomiści od lat obserwują tak zwany house money effect – ludzie są znacznie bardziej skłonni ryzykować i lekką ręką wydawać pieniądze wygrane, spadkowe czy „spadłe z nieba”, niż te zarobione ciężką pracą. Traktują je jak „kasę od losu”, a nie „swoje”. W mentalnym rachunku to osobne pudełko. Podobnie jest z loteriami: badania pokazują, że wygrani potrafią bardzo szybko przepuścić znaczną część wygranej, zwłaszcza jeśli dostają ją w gotówce, od razu, a nie w ratach. To nie jest zawsze historia totalnego upadku, ale schemat jest widoczny: łatwiej wydawać coś, co przyszło nagle i bez wysiłku. Człowiek ma naturalną skłonność, żeby z pieniędzmi „nie z mojej roboty” obchodzić się mniej ostrożnie – czy to będzie totolotek, spadek, czy… budżet państwa.

Dziod z cudzy taśki nie tylko rozdaje nie swoje. On rozdaje jeszcze tak, że rachunek za jego hojność płacą ludzie, których przy stole akurat nie ma. Ci nienarodzeni, ci spoza sali, ci, co nie krzyczą w telewizji. Jak człowiek wygra w totka, to mu się ręka robi luźniejsza. Jak partia wygra wybory, dzieje się coś podobnego, tylko na sterydach. Nagle cały budżet zaczyna wyglądać jak jedna wielka wygrana, którą trzeba szybko zamienić na prezenty dla swoich: trochę tu, trochę tam, tu program, tam pakiet. A że to wszystko z cudzy taśki, to się wydaje lekko. Najlżej tam, gdzie konsekwencje będą dopiero za parę lat, najlepiej już po następnych wyborach – na przykład w szpitalu powiatowym, który tonie w długach.

Ta nasza tęsknota za czymś za nic nie kończy się na bajkach dla dzieci. Potem wchodzą bajki dla dorosłych. Dawniej i to przez stulecia po piwnicach i komorach siedzieli czarnoksiężnicy, co próbowali zamienić byle metal w złoto. Dzisiaj ich „czarnoksiężne” pracownie przeniosły się do ministerstw, banków centralnych i agencji rządowych. Zamiast tygla mamy arkusz kalkulacyjny, zamiast ołowiu – dług publiczny, zamiast zaklęć – ustawy i rozporządzenia. Cel ten sam: obejść rachunek ekonomiczny, wyczarować więcej, niż realnie wyprodukowaliśmy. A lud patrzy na to z nadzieją, jak na alchemika przy retorcie: „No, może tym razem się uda. Może jednak da się mieć darmową służbę zdrowia, niskie podatki, wysokie pensje i brak długu. Przecież po coś tych magów wybraliśmy”.

W normalnym świecie, tym poza bajką, nic się samo nie nakrywa. Przedsiębiorca, rzemieślnik, lekarz na kontrakcie, rolnik – każdy z nich wie, że bez pracy nie ma kołaczy. Żeby był przychód, musi być ryzyko, wysiłek, czasem kredyt na karku i kilka nieprzespanych nocy. Jak się pomyli w kalkulacji, to nie ma „drukarki pieniędzy”, tylko komornik albo zamknięty interes. Tymczasem w świecie finansów publicznych bardzo lubimy udawać, że jest inaczej. Tu można ogłosić, że „damy”, „sfinansujemy”, „zapewnimy”, jakby pieniądze brały się z zaklęcia, a nie z podatków tych samych ludzi, którzy rano otwierają warsztat, sklep, gabinet czy firmę budowlaną.

Problem nie w tym, że taśka jest za mała. Tylko w tym, że za często pełni rolę skarbca z zabawkami dla kolejnych ekip, a nie wspólnej sakiewki na rzeczy naprawdę pierwszej potrzeby: zdrowie, bezpieczeństwo, edukację. Do taśki nie wlewa się magia, tylko bardzo prozaiczne rzeczy: praca, ryzyko i pomysł. Człowiek, który rano otwiera warsztat, sklep, gabinet, firmę budowlaną czy gospodarstwo rolne, nie robi tego z miłości do ZUS-u, tylko po to, żeby wyżyć. To oni napełniają wspólną taśkę. Rolą państwa nie jest udawać alchemika, który rozmnoży złoto zaklęciem, tylko przyznać uczciwie: najpierw musi być ktoś, kto wstanie rano i zarobi. A skoro tak, to zdrowie tych ludzi nie jest luksusem ani kosztem do cięcia, tylko pierwszym miejscem, do którego powinien płynąć strumień z tej wspólnej taśki.

Najłatwiej to wszystko zobaczyć w szpitalu powiatowym. Na konferencji prasowej wszystko się zgadza. Miliardy, programy, mapy potrzeb zdrowotnych, prezentacje. A potem człowiek ląduje na SOR-ze i widzi zupełnie inną księgowość: lekarz, który jest po trzecim dyżurze, pielęgniarka, która obsługuje dwa oddziały naraz, korytarz, gdzie łóżka stoją tak gęsto, że nie ma jak przejść. To jest realna cena „darmowej” służby zdrowia. Nie płacimy za nią tylko w podatkach, ale też w kolejkach, zmęczeniu ludzi i w tym, że część personelu po prostu się wypala i ucieka.

W gruncie rzeczy problem nie polega na tym, że ktoś zarządza wspólną kasą. Zawsze ktoś będzie to robił. Problem w tym, że zamiast gospodarza, który liczy i tłumaczy, mamy dziada od opowieści. A opowieści nie leczą, nie skracają kolejek i nie spłacają długu. Mogą co najwyżej na chwilę uśpić naszą czujność. Dopóki to nam wystarcza, taśka będzie pełna obietnic, a pusta pieniędzy. Bo my wciąż wolimy słuchać bajki o cudownym stoliczku, niż zapytać, kto za ten obrus zapłaci. Po prostu: łatwiej uwierzyć w cud niż w arytmetykę.

Zbigniew Grzyb

* Gådajø u nås pôd Krakôwēm: „Hôjny dziåd z cudzy taśki” – reg. krak. – zob: słownik dialektu krakowskiego słownik.wislon.tv

Felieton z cyklu: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄H