W czasie mrozów szukają ciepła. Na klatkach schodowych, na dworcach, w galeriach handlowych. Wielu z nich nie chce skorzystać z ogrzewalni czy noclegowni bo tam obowiązuje zakaz picia alkoholu więc zostają w swoich legowiskach. W studzienkach, pod mostami, na działkach. I zamarzają. Na śmierć.

Zauważyłem go kiedy wychodziłem z hali „Auchan”, na ławce, w galerii przy, której są sklepy luksusowych marek.
W „Galerii Auchan” w Łomiankach.

Siedział wyprostowany bo gdyby się położył, choć na chwilę, to by go ochrona sklepu przepędziła.

Nie wyglądał na bezdomnego.
Przynajmniej po ubraniu. Wyglądało na czyste.
Jego stan zdradzały jedynie oczy, które starał się mieć ciągle otwarte.
By nie zasnąć.
A także wielodniowy zarost i zsiniałe dłonie.

Miał może około czterdziestu lat, choć trudno ocenić prawidłowo wiek człowieka śpiącego nieustannie poza ciepłym domem.
Ale czy to ważne.

Usiadłem obok niego i przez długą chwilę zastanawiałem się jak długo sam wytrzymałbym w takiej jak on, pozycji.
Godzinę, dwie, może trzy.
Nie dłużej, bo ileż można siedzieć wyprostowanym, gdy oczy same się zamykają.

Ale trudno nas obu porównywać.
Ja mam wybór, on, nie.
Ja mam gdzie wracać, on nie.
Nie czeka na niego ogrzane mieszkanie.
Może kiedyś je miał.

Spytałem go jak długo tak siedzi i dokąd będzie.
Odparł – „od samego otwarcia, do zamknięcia. I tak każdego dnia dopóki są mrozy”.
Wyliczyłem sobie szybko, że to kilkanaście godzin dziennie.
Żegnając się zapytałem czy ma na zupę.
Stwierdził, że nie ma.

Ściskając mu dłoń wcisnąłem banknot.
Żałując, że tylko tyle mogę dla niego uczynić.

Zdjęcie ilustracyjne.
Foto: Diecezja Sandomierska