O sztuce nazywania rzeczy po imieniu, gdy wszyscy próbują to uniemożliwić

Język jest jedynym „stworzeniem”, które nie potrzebuje ani parlamentu, ani ministerstwa, ani nawet komisji ekspertów, żeby żyć. Wystarczy mu człowiek, który rano powie „dzień dobry”, a wieczorem „dobranoc”. Całą resztę język załatwia sam: rośnie, mutuje, wypuszcza pędy, gubi liście, a czasem, jak każdy organizm, robi rzeczy, których nie da się przewidzieć.

I właśnie dlatego od wieków istnieje pokusa, by go ujarzmić. Bo jeśli język żyje własnym życiem, to znaczy, że nie słucha władzy. A to jest sytuacja nie do zniesienia.

Bo tu nie chodzi już o równość, lecz o kontrolę nad opisem rzeczywistości. Język przestaje służyć porozumieniu, a zaczyna pełnić funkcję moralnego filtra: nie ma nazywać świata takim, jaki jest, tylko takim, jaki powinien być według aktualnej doktryny.

Pierwsi spróbowali komuniści i wymyślili nowomowę, taką alternatywną rzeczywistość, w której brak mięsa w sklepie nazywał się „chwilowymi trudnościami w zaopatrzeniu”, opozycja była „elementem antysocjalistycznym”, a darmowa praca sobotnia, „czynem społecznym”. To był kabaret, tyle że obowiązkowy i bez oklasków. Wszyscy wiedzieli, że to bzdura, ale nikt nie mógł się głośno roześmiać. Język udawał posłuszeństwo, a pod nosem przewracał oczami.

Potem przyszły korporacje i odkryły subtelniejszą metodę, nie strach, tylko prestiż. Z dnia na dzień zniknęli zwykli dyrektorzy, kierownicy, naczelnicy i prezesi, a na ich miejsce wskoczyli senior managerowie, juniorzy, team leaderzy i cała alfabetowa zupa: CEO, COO, CFO, CMO, CPO, CRO, CTO, a nawet CSO, który w jednej firmie oznacza szefa strategii, w drugiej bezpieczeństwa, a w trzeciej, kto wie, może sprzedaży. Bo przecież „Junior Specialist” brzmi dumniej niż „pomocnik biurowy”, a płaci się mu mniej.

To już nie ukrywanie rzeczywistości, to jej pudrowanie z uśmiechem. Jakby ktoś próbował przykleić do polszczyzny błyszczącą naklejkę „Made in Silicon Valley”, nie zauważając, że pod spodem siedzi ten sam kierownik zmiany, tylko teraz z angielskim akcentem i slajdami w PowerPoincie.

A teraz mamy trzecią falę, język ideologicznej poprawności, ten z tęczowym paskiem na kagańcu. Boi się płci jak diabeł święconej wody, bo płeć może kogoś urazić. I nagle stolarz zmienia się w „osobę wykonującą prace stolarskie”, przedszkolanka w „osobę realizującą czynności wychowania przedszkolnego”, a opiekunka w „osobę do spraw opiekuńczych”.

To już nie język, to instrukcja montażu człowieka, jakby żywcem wyjętego z Ikei, tylko bez obrazków. Jakby ktoś postanowił zamienić żywych ludzi w bezpłciowe funkcje, a funkcje w paragrafy.

Paradoks polega na tym, że im bardziej usuwa się z języka konkret, płeć, rolę, zawód, doświadczenie, tym bardziej znika realny człowiek. Zostaje „osoba od czynności”, abstrakcyjna, bez historii i bez sensu. Rzekoma inkluzywność kończy się depersonalizacją.

I wtedy rodzi się pytanie filozoficzne, godne późnej nocy przy kieliszku: czy człowiek, który stracił prostą nazwę, jeszcze w ogóle istnieje? Czy stolarz bez „stolarza” nie staje się powoli bezosobową funkcją bez twarzy?

W tym całym zamieszaniu pojawiają się głosy rozsądku, i to z całkiem różnych stron barykady. Prof. Jerzy Bralczyk, mistrz eleganckiego „ę”, od lat powtarza jak mantrę: dajmy językowi się rozwijać, nie poprawiajmy go na siłę, nie wpychajmy w szuflady, nie róbmy z niego pacjenta na oddziale chirurgii plastycznej. Język nie jest chory ani brzydki, on żyje i sam wie, co z sobą zrobić.

Za to Leszek Miller, były premier i lider Lewicy, ironicznie na X pokazuje palcem swoje byłe koleżanki i kolegów: „Lewica odniosła wielki sukces. Z rynku pracy znikają stolarz, przedszkolanka i opiekunka. Nie dlatego, że wymarli, tylko dlatego, że mają płeć. A płeć, jak wiadomo, jest dziś podejrzana. (…)”

Sedno diagnozy jest takie: to nie lewica „wymyśla nowe słowa”, tylko nowa ideologia wymusza język, który unieważnia doświadczenie potoczne. A gdy potoczny rozum zostaje uznany za podejrzany, absurdem przestaje być to, co się mówi, i staje się nim to, czego nie wolno powiedzieć.

I kiedy się patrzy na te wszystkie „osoby wykonujące prace stolarskie”, trzeba zapytać prosto z mostu: „Czy myśmy wszyscy zwariowali?”. Bo trudno się z nimi nie zgodzić, zwłaszcza od kiedy, od samego wigilijnego dnia 2025, ustawa każe unikać w ogłoszeniach o pracę wszelkiego „języka wykluczającego”.

Za chwilę kierowca będzie „osobą realizującą czynności kierowania pojazdem mechanicznym kategorii B”, a kandydat będzie musiał mieć dyplom z translatoryki, żeby zrozumieć, o co chodzi.

Bo nie da się naprawić świata, którego nie wolno opisać. Jeśli język traci zdolność nazywania rzeczy po imieniu, polityka traci zdolność rozwiązywania problemów.

I tak oto w tym dziwnym miejscu Bralczyk spotyka się z Millerem, jeden z salonu, drugi z ulicy, a obaj mówią to samo: język przestał być nasz, stał się produktem laboratoriów ideologizacji. Politycznych, korporacyjnych, światopoglądowych. Produkują go jak nowy detergent: z etykietą, ostrzeżeniami i certyfikatem zgodności z aktualną linią programową. A język patrzy na to z pobłażliwą ironią i szepcze: „Dajcie mi spokój, ja sam wiem, jak rosnąć”.

Bo ta nowomowa nie siedzi w podręcznikach, ona żyje w urzędach i atakuje znienacka.

– Dzień dobry, chciałbym zgłosić naprawę okna.
– A czy pan jest osobą realizującą czynności mieszkania w tym lokalu?
– No… mieszkam tu.
– To proszę wypełnić formularz OSO 27/3.
– A co to jest?
– Wniosek o ustalenie, czy jest pan osobą uprawnioną do kontaktu z osobą wykonującą czynności naprawy stolarki otworowej.
– Czyli… ze stolarzem?
– Proszę nie używać języka wykluczającego. To jest osoba wykonująca prace stolarskie.

Bareja kręci się w grobie z zazdrości, on by tego nie wymyślił, a jeśli już, to nakręciłby w trzech wersjach, z różnymi endingami.

Jeśli tempo się nie zmieni, to już niedługo zwykły obywatel nie będzie wiedział, kogo szukają w ogłoszeniu o pracę; wykształcony nie pojmie, jakie stanowisko właśnie obsadzili; a ten zainteresowany polityką nie zrozumie, co rząd naprawdę powiedział. Wtedy powstanie nowy, lukratywny zawód: Asystent AI ds. Tłumaczenia Nowomowy na Język Polski.

Wyobrażam sobie takie rozmowy:

– Asystencie, co to znaczy „osoba realizująca czynności wychowania przedszkolnego”?
– To znaczy: przedszkolanka.

– A „osoba odpowiedzialna za procesy decyzyzyjne w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi”?
– Kierownik.

– A „osoba pełniąca funkcję strategiczną w obszarze komunikacji korporacyjnej”?
– Rzecznik prasowy.

– A „osoba odpowiedzialna za realizację celów polityki społecznej w zakresie świadczeń rodzinnych”?
– Urzędnik.

– A „osoba sprawująca funkcję kierowniczą w strukturach państwowych”?
– Polityk. Ale tu proszę uważać, mogą wystąpić skutki uboczne.

I tak język, który kiedyś służył do porozumienia, będzie wymagał… tłumacza.

A jeśli tak dalej pójdzie, to za kilka lat w szkołach wprowadzą nowy przedmiot: „Nowomowa stosowana z elementami translatoryki”. Na maturze uczniowie dostaną zdanie do przetłumaczenia:

„Osoba realizująca czynności kierowania pojazdem mechanicznym kategorii B udała się do osoby odpowiedzialnej za procesy decyzyjne w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi.”

Poprawna odpowiedź:
„Kierowca poszedł do kierownika.”

I wtedy wszyscy, uczniowie, nauczyciele, egzaminatorzy, westchną zgodnie: „Może jednak warto było zostawić język w spokoju.”

Bo język nie potrzebuje rewolucji. Nie potrzebuje kagańca. Nie potrzebuje instrukcji obsługi. Potrzebuje tylko gramatyki, ortografii i zdrowego rozsądku. Resztę zrobi sam.

Bo język jest mądrzejszy od swoich użytkowników. I zawsze, absolutnie zawsze, wygrywa z tymi, którzy próbują go tresować.

Oj, i tyle.

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄