W poprzednim wpisie ze skruchą przyznałem się do czytania od najwcześniejszych lat, to znaczy od tych pacholęcych – literatury rosyjskiej i Panie Boże przebacz – radzieckiej. Takie nazwiska, których teraz głośno, ze względu na słuszny ostracyzm, jaki stosuje się wobec agresora wojny na Ukrainie – nie można wymawiać jak Czechow, Lermontow, Bunin, Szołochow, Katajew, Ostrowski i inni zatruwali moją duszę. Że nie uległem pod ich wpływem lewicowej deprawacji, zawdzięczam prywatnej bibliotece Pawłęgi w Wadowicach. Płaciło się tam wtedy za wypożyczenie książki dziennie — równowartość bułki. Właściciel, były marynarz, utrzymywał siebie i swoją rodzinę ( miał bardzo ładne córki) nie z wypożyczania książek, ale ze straganu warzywnego na rynku. Miał długą, siwą brodę i gwałtowny charakter, potrafił z lokalu bibliotecznego… wykopać niesolidnego czytelnika. Myślę, że książkami zainteresował się podczas długich rejsów i tak mu to zauroczenie pozostało. Jego biblioteka wprawdzie gromadziła pozycje niedostępne gdzie indziej, przedwojenne wydania szmirowatej i sensacyjnej literatury, ale zarażała czytelnictwem szczególnie młodych ludzi. Wyzwalała w nich potrzebę czytania, mimo awersji wyniesionych wcześniej z procesów edukacyjnych. Była solą w oku polonistów i Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, jako jedna z nielicznych niezależnych instytucji kulturalnych. Moja śp. Matka nieczynna w zawodzie przedwojenna nauczycielka — tępiła moje zainteresowanie księgozbiorem pana Pawłęgi, niczym — pornografią, co dodawało smaku owocu zakazanego, a ja dzięki temu w tamtych komsomolskich przecież czasach nie identyfikowałem się z Timurem Gajdara tylko z detektywem Rafałem Królikiem — Antoniego Marczyńskiego. Wśród księgozbioru, którego część miała nietypowy format, bo była mozolnie złożona z codziennych, albo nawet cotygodniowych fragmentów, drukowanych w dziennikach, tak że po jednej stronie był tekst, a po drugiej przeważnie ogłoszenia, w tym nekrologii, co przede mną otwierało oprócz właściwej narracji pisarskiej – wyobrażenie, jak wyglądał świat przed komuną — znajdowały się również dzieła wybitne, aczkolwiek w tamtych czasach bardzo trefne, jak „Strzępy epopei” M. Wańkowicza, czy „Pożoga” Zofii Kossak-Szczuckiej i inne. To była moja formacja, której zawdzięczam wiele.
Pawłęga kontra Sowiety – jak lektury uratowały mnie
O autorze: Stanisław Wodyński
Urodzony w 1943 r. w Złoczowie działacz opozycji antykomunistycznej. Kawaler Krzyża Wolności i Solidarności, Samorządowiec, wieloletni radny, pierwszy wójt Branic, przez dwie kadencje członek zarządu powiatu głubczyckiego. Rolnik, działacz NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych, figurant w aktach "SB" pod nazwą "tandeciarz". Absolwent Państwowej Szkoły Medycznej ITZ. Założyciel pracowni ekspresji sztuki psychopatologicznej w szpitalu psychiatrycznym w Branicach. Odkrywca talentu twórcy art brut Mariana Henela. Autor licznych publikacji wspomnieniowych. Pasjonat genealogii rodzinnej. Odznaczony honorową odznaką "Za zasługi dla Województwa opolskiego" oraz honorową odznaką "Działacza opozycji antykomunistycznej lub osoby represjonowanej z powodów politycznych" (2019).
Podobne wpisy
Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.
Zostaw komentarz