Dla mnie wojna, jaka oglądam na ekranie telewizora, nie jest wojną na Ukrainie. Jest dla mnie wojną, jaką ja sama pamiętam. Widziałam takie spalone domy, widziałam takie rumowiska, pamiętam swój wrzask, kiedy wraz z kolegami z podwórka natrafiliśmy w którymś z lejów w Ogrodzie Frascati na coś potwornie śmierdzącego. Nie był to rozkladający się kot, ale człowiek. Jeszcze nie ekshumowany, ani nawet nie pogrzebany w ziemi, w prowizorycznej mogiłce.
Pamiętam krzyżyki rozsiane w Ogrodach Frascati i kobiety, pewnie młode, ale tak przygięte do ziemi swoją rozpaczą, że wydawało się, że mają sto lat. I grabarzy, którzy rozkopywali ziemie przy tych krzyżykach i wydobywali zwłoki. Ja zapamiętałam jedynie smród. Który roznosił wiatr i zakłócał nasze gry w chowanego.
Pamiętam, jak zrywałyśmy kwiatki polne, wiłyśmy wianki i zawieszałyśmy na tych krzyżykach. A potem krzyżyków już nie było i po miejsach, na ktorych były, jeździlo się na sankach, a jak kałuża zamarzła. to na butach.
Pamiętam „koze” na której gotowało się zupę, a w zimne dni siedziało przy niej, Ja otulona w koc, bo wiało od góry, od dołu i przez nieszczelne, mokre jeszcze ściany. Moje pokolenie ma chyba inny stosunek do wojny, do Powstań. Nawet do tego czupurnego „nie oddamy ani guzika”, zmienionego teraz przez prezydenta Zeleńskiego na „nie oddamy ani metra naszej ziemi”.
Ja przeliczam liczbe ludzkich istnień i kobiecych łez, cierpienia, kalectwa, biedy, rozpaczy na te „guziki” i „metry”. I pytam: „czy warto?” W czasach socjalizmu, kiedy Warszawa jeszcze się odbudowywała i na przykład domy Centrum czy „Supersam” na Placu Unii byly wydarzeniem nie tylko architektonicznym, ale apołecznym, pojechałam do Bydapesztu. Zdumial mnie taki świat, też przecież socjalistyczny, ale z rozkosznie luksusowymi hotelemi, secesja, sklepami na ichniej „Chmielnej”, lodami z automatu i marmurowymi batami w barach mlecznych.
Ba, zazdrościłam krakowianom ich Krakowa. Warszawa nigdy nie wydawała mi się piękna, poza może Traktem Królewskim. Piękna byla dla mnie Warszawa z opowiadań rodziców i dziadków, Ów Paryż Północy. Teraz, na zdjęciach, też równie piękny. Nieporównywalnie piękniejszy od obecnej Warszawy, przeraźliwie eklektycznej, chaotycznie odbudowanej i pełnej architektonicznych obrzydliwości (nie mam na myśli tylko „MDM dzielnicy zakochanych”, ale i np. tego potworka wystającego jak złośliwy rak zza Dworca Centralnego).
Wojna to dla mnie utrata wszystkiego, do czego czlowiek dążył, na co pracował, co polubił, co go cieszy na codzień. Kiedy byłam młoda i niczego z takich rzeczy jeszcze nie miałam, wojna była czymś wzniosłym, opiewanym w książkach, filmach, sztukach teatralnych, poezji i pieśni. Pocztach sztandarowych. Czczeniu bohatrów noszeniem mundurków i odwiedzinami Cmentarza Wojskowego.
Dziś obawiam siż, że jestem „ruska onuca”. Bo wiem, że wojna to zniszczenie i głód. Smród. Wysiłek zdobywania odrobiny wody i pożywienia. Ciemności piwnic.
Wojny nie wygra Zeleński. Wygra ją Putin. Bo o końcu i rezultacie tej wojny nie zadecydują czołgi i rakiety najdalszego nawet zasięgu. Zadecyduje zboże. I dlatego mają rację ci, którzy – choćbym nienawidziła ich i ich racji z całego serca – twierdzą, że za sankcje nakladane na Rosje zapłacą głodem, nieszczęściem i nedzą, a może i śmiercią po atomowym uderzeniu, zwyczajni ludzie.
To, że nauczymy się wszyscy strzelać to tyle samo, co nauczymy się wszyscy kopać rowy. I tak zboże zadecyduje o losach tej wojny.
Fot. Twitter.com/AlexanderLouri4
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz