Coś się jednak z moją pamięcią robi, bo, – z roku na rok, wymazuje traumatyczne wspomnienia, przywołując w ich miejsce takie, niezasługujące nawet na drobną wzmiankę w historii. Zamiast pogrążyć się w wydarzeniach sprzed 44 lat, moja pamięć wydobywa co innego.
Rok 1977 – spływ kajakowy Dunajcem i to też, że oprócz nas, to jest załóg dwóch kajaków z Klubu Kajakowego PTTK’Majak”, na dykciakach płynęła ekipa z ZSRR. Też dwa kajaki: w jednym zawodnicy, a w drugim funkcjonariusze KaGieBE, którzy ich pilnowali, nie tyle przed utopieniem się, ile przed daniem dyla z krainy „ gdzie tak wolno zdychał człowiek”. W Dunajcu wtedy było bardzo mało wody, praktycznie same kamienie i głazy, toteż zaraz po wypłynięciu zaczęliśmy zaliczać dziurę, za dziurą. Byliśmy i na taką ewentualność przygotowani i zaopatrzeni w gwoździe i duże arkusze sklejki. Na wyciętą laubzegą łatę kładliśmy pastę uszczelniającą. Wszystkie te zabiegi wymagały czasu i ani się dobrze nie obejrzeliśmy, jak za nami płynęła tylko „Latarnia”, której załoga cały czas nas namawiała, żebyśmy w Harklowej na moście, na którym stał „Karawan” – spływ zakończyli. Na drugim odcinku było już lżej, Dunajec stał się głębszy, bez reperacji przebyliśmy jego Przełom. Pamiętam jak na czeskim brzegu, na skale stał komandor spływu i nas entuzjastycznie za wytrwałość pozdrawiał. Pogoda wtedy była cudowna. Woda w rzece miała 26 stopni C. Z nieba lał się żar ! Do tego stopnia, że mój towarzysz zdecydowany wtedy brunet spiekł się na raka. W Starym Sączu, gdzie udaliśmy się w dniu zakończenia do kościoła, żeby podziękować Opatrzności za opiekę na dzikiej wodzie — ratowałem przyjaciela smarując go „Śniegiem Tatrzańskim” – kremem ściągającym jego poparzona słońcem skórę. Wtedy zaczął wyć i przeklinać mnie z bólu. W związku, z czym zaordynowałem mu zabieg anestezjologiczny, do którego się również przyłączyłem w postaci „Winiaku Klubowego” pitego z gwinta, w bramie, a raczej w chłodnej sieni zabytkowej kamieniczki, którego smak pamiętam do dzisiaj.
Strasznie się rozrzewniłem na wspomnienie spływu Dunajcem. Bo to kajakowanie było jednym ze sposobów uciekania od siermiężnej egzystencji w PRL. Na wodzie, na szlakach nie czuło się zepsutego oddechu historii, która nas wepchnęła w kleszcze realnego socjalizmu. Za każdym razem, odbijając kajakiem od brzegu człowiek — odzyskiwał wolność. Znowu nie mogę sobie przypomnieć dokładnej daty, ale to chyba było rok po Dunajcu, o którym już pisałem, kiedy płynęliśmy z „Expressem Wieczornym” w organizowanym przez tę gazetę spływie tfu… „przyjaźni” , od Horodła do Siemiatycz. Głównym inicjatorem tej wyprawy był, sędziwy już dobrze wtedy redaktor sportowego działu Niedźwiecki . Był on też zapalonym brydżystą, opiekował się kadrą narodową brydża porównawczego kobiet. Spotkałem go później po spływie, kiedy z żoną w ramach Mistrzostw Polski Mikstów w Łańcucie, reprezentowaliśmy, grając u Potockich w pałacu — województwo opolskie. Nawet zwabił moją żonę do kadry, ale zaraz z niej zrezygnowała, bo mieliśmy ze wsi, gdzie wtedy mieszkaliśmy – 20 kilometrów do najbliższej stacji. No więc ten spływ Bugiem, odbywał się w niesamowitej atmosferze uniesienia. Zjawili się na nim Matuzalemowie wioseł. Bardzo starzy, ale bardzo jeszcze wtedy dziarscy. To był początek czerwca albo pod koniec maja. Kojarzę go, z tym że odbywał się zaraz po zakończeniu spływu Plebańczyka Sanem, bo stawił się na niego, jadący z Przemyśla jego uczestnik liczący prawie 80 lat. Płynął na dmuchanym „Rekinie”, zawsze na samym końcu spływu. Parę razy go nawet na rzece, która właściwie płynęła pod prąd, zawracana wiatrem — za swoim kajakiem holowałem. Zebrana na tym spływie, ocalała z wojny elita kajakarzy, z nostalgią wspominała kresowe szlaki, złorzecząc Sowietom, krzyczeli głośno, że teraz płyną środkiem Polski. Śpiewaliśmy zakazaną „Pierwszą Brygadę”, „Jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon”. Opowiadaliśmy sobie, zaśmiewając się do rozpuku- antyradzieckie dowcipy. Wiedzieliśmy jednocześnie również o tym, że na spływ skompletowano też ekipę esbecką, ale tych osiłków w zupełnie nowych składakach — izolowaliśmy. Jak, jakiś dopłynął do utworzonej na leniwszym odcinku Bugu „tratwy” kresowych rewizjonistów, towarzystwo się natychmiast rozdzielało. Mieliśmy obstawę WOP, którą dowodził major, może nawet pułkownik, będący w stałym kontakcie ze swoimi sowieckimi odpowiednikami, którzy cały czas przez lornetki nas z prawego brzegu Bugu obserwowali i podnosili okropny raban, że się niekiedy, nie mogli nas wszystkich doliczyć, bo się jakieś dziecko wsunęło się do kokpitu, tak, że nie było jego widać. Bali się straszliwie o to, że ktoś od nas do nich się przedostanie. Pokona rzekę, cały system drutów kolczastych, przebrnie przez zaorane pasy, umknie uwadze wież obserwacyjnych….wybierze wolność! He, he!
Zostaw komentarz