Wyspa Keszm, największa w Zatoce Perskiej, to prawie tysiąc pięćset kilometrów kwadratowych księżycowych krajobrazów i temperatur w lecie, powyżej czterdziestu pięciu stopni. Dziś jest „zaledwie” trzydzieści pięć, a w nocy będzie, „tylko” trzydzieści jeden. A zatem, witamy w piekle. I nie narzekajcie na upały w Polsce.
Na tej należącej do Iranu wyspie byliśmy kilka lat temu.
Jesienią. Miało niby być chłodniej z naciskiem na „miało”.
Kiedy zeszliśmy z promu walnął nas w twarz młot upału.
Przyjechaliśmy na tę piekielną wyspę by zobaczyć solne jaskinie, najdłuższa prawie 7 km oraz Księżycową Dolinę i kanion Chahkooh.
Bez przewodnika ani rusz bo można się pogubić w skalnych labiryntach albo na pustkowiu, na którym łatwo stracić orientację.
A potem, bez wody, śmierć bo nawet nie ma kogo zawiadomić, bo komórki nie działają.
Kanion i Księżycowa Dolina przypominają powierzchnię księżyca. Rzadko można zobaczyć jakąś zieleń Wszędzie wapienne skały uformowane przez wiatr i deszcze w w przedziwne formacje.
Przypominające: słupy, zwierzęta, zamki i twierdze. Niektóre wąwozy są tak wąskie, że trzeba się przeciskać, zaciskając pasa.
Czasami, dla bezpieczeństwa, ze skalnych półek trzeba zjeżdżać na tyłku.
Pylista sól, unosząca się w powietrzu zapycha nos po kilku minutach.
No i ten potworny upał. Wysuszający skórę w sekundy.
Kiedy otworzysz usta, po chwili, masz wrażenie, że ktoś wlał w nie roztopiony ołów.
Trzeba bezustannie pić i jeszcze raz pić, by nie paść.
Krótki marsz to mordęga dla organizmu nieprzyzwyczajonego do takich warunków.
Ale autochtoniczna ludność, „bandari”, pochodzenia arabskiego, nie perskiego, jakoś znosi ten morderczy upał a to dzięki „bagdirom” , łapaczom wiatru. Archaicznej acz skutecznej, klimatyzacji.
System solnych jaskiń powstawał przez wieki, na skutek rozpuszczania soli przez deszcze, które od czasu do czasu, padają na wyspie.
To wisienka na torcie i główna atrakcja.



Zostaw komentarz