Jeśli ktoś myśli, że dopiero w XXI wieku zaczęliśmy kochać psy, to znaczy że o ludziach i psach nie wie nic.
„Na całe życie pozostaje w człowieku niechęć do władz, jeśli pozna je z niedobrej strony” –pisze Karol Estreicher i opowiada, jak ratowali z mamą charcika.
Rytuał smażenia konfitur z ostrężyn został brutalnie przerwany. [Bo „po krakowsku ostrężyną nazywa się owoc do maliny podobny, a nie jeżyną, ani nawet nie ożyną…” ]
Spadła na rodzinę wieść potworna: miejski hycel złapał dziadkowego Dżimusia. Tzn. charcika dziadka – dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej.
Dżimusia Kraków znał, bo dnie spędzał na dyrektorskim biurku w Bibliotece Jagiellońskiej, a wieczory w teatralnej loży, gdyż autor Bibliografii Polskiej bywał w teatrze codziennie.
Matka z małym Karolkiem ruszyli odbijać zagrożonego śmiercią niechybną pieska. Choć dorożkarz przekonywał, że hycel psów nie zabija, nikt mu nie wierzył.
Trzeba było migiem interweniować w Magistracie. Strach ściskał serca, bo „o Magistracie mówiono zawsze źle. Magistrat był winien drożyźnie i temu, że było ciasno w tramwaju, i temu że było ślisko na ulicy. Jak u pani Mazaraki piał kogut przez 3 dni, kucharka powiedziała, że ci z Magistratu kazali go zarżnąć.” A kiedy kuzyn Pol prosił o protekcję na posadę, „ojciec dał mu bilet polecający do Magistratu, bo taki niezaradny, że się do innej roboty nie nadaje.”
Jednym słowem Magistratu bali się wszyscy. Dorożkarz radził: „niech pani profesorowa wali prosto do pana prezydenta! Nie ma co się po magistrackich biurach wycierać.”
Prezydent Leo serdecznie tłumaczył, że „ odkąd stworzył Wielki Kraków sprawy psów przeszły do kompetencji wiceprezydenta Sarego.”
Karolek dedukował, że najpewniej „ wiceprezydent jest ważniejszą osobą od prezydenta, bo i tytuł ma dłuższy, i dłużej czekać na niego trzeba”. W końcu wiceprezydent oznajmił, że „zrobi co może dla pieska więc daje kartkę do radcy Kopytkiewicza, bo jego wydziałowi podlegają oprawcy miejscy”.
W gabinecie radcy Kopytkiewicza blada panna oznajmiła, że pan radca wyszedł służbowo ale wróci. Ktoś jednak szepnął, że Kopytkiewicz siedzi w restauracji – u Hawełki.
Radca wróciwszy uznał, że jest „po godzinach przyjęć, a sprawa nie jest prosta, „bo są przepisy i regulamin.” Wpierw trzeba podatek od Dżimusia opłacić. Niby był zapłacony, ale pani profesorowa kwitka nie ma, ani zaświadczenia o badaniach weterynaryjnych. Trzeba wypełnić kwestionariusz, a on „ze względu na obu prezydentów, postara się sprawę załatwić szybko, może nawet w tydzień”.
Karol uznał, że przez tydzień, to oprawca rozprawi się z Dżimusiem i nawet kosteczek nie odnajdą.
A wtedy zza zakrętu magistrackiego korytarza wyłonił się kuzyn Pol, któremu ojciec w tymże Magistracie robotę załatwił. Wysłuchał relacji, formularz wyrzucił i wręczył profesorowej nakaz wydania psa.
Karolek z matką, co koń dorożkarski wyskoczy, pomknęli na Lubicz, gdzie był Miejski Zakład dla Psów.
A tam, w wielkim ogrodzie, hasały psy rozmaite, a oprawca Wyzimucha je głaskał i coś do nich gadał. Dżimuś wykąpany i rozhasany najmniejszej nie miał ochoty zbierać się do domu. A hycel tłumaczył, że „byłby charcika pani profesorowej odprowadził, tylko przytrzymał go z suczką hrabiny Tarnowskiej, żeby im było razem wesoło. Żadnego papierka z Magistratu nie było potrzeba.”
I tak hycel-oprawca okazał się miłośnikiem zwierząt, straszny zakład – przyjaznym azylem, a Magistrat – Magistratem.
Fot. 1 Psia stołówka mal. John Charles Dollman
Fot. 2. Karol Estreicher starszy (dziadek Karolka) nazywany Ojcem Bibliografii Polskiej z Dżimusiem – bywalcem teatru
Fot. 3 Nasza Roma z Zuzią i Emi.
Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.
Zostaw komentarz